Przyznam się bez bicia - do tej pory produkcji spod znaku teen drama unikałem jak ognia. Zaintrygowany ocenami znajomych, pewnego dnia sięgnąłem jednak po „Riverdale” i… pod jego znakiem upłynęły mi dwa kolejne weekendowe popołudnia.
Nie wiem, jak to się stało, ale serial już w pierwszej chwili zaczarował mnie swym klimatem i sposobem opowiadania. Wiele w tym zapewne zasługi  przerysowanej, komiksowej konwencji, która pozwala obserwowane na ekranie wydarzenia ująć w nawias, czy nawet - cudzysłów.
Warto wspomnieć w tym miejscu, że opowieść oparto na obrosłej dziś niemałym kultem serii komiksów autorstwa Archie Comics (stąd wykorzystanie takiej, a nie innej stylistyki wydaje się w pełni uzasadnione).
Pierwsze tomy wydane zostały w USA w 1939 roku i na stałe zagościły w amerykańskiej popkulturze. Mało kto wie, że obok „Wonder Woman” to najstarsza seria amerykańskich powieści graficznych, wznawiana i wydawana zresztą po dziś dzień. 
Historie nastolatków Archie Andrewsa, Betty Cooper, Veronici Lodge, Reggie Mantle i Forsythe „Jughead” Jonesa zyskały na Zachodzie niezliczoną ilośc fanów. Nie zdziwi mnie jednak, jeśli przeciętny europejski widz odpuści sobie przygodę z serialem już po pierwszym, pilotażowym odcinku.

Ale po kolei.


Tytułowe Riverdale to senne (czy raczej - ospałe) amerykańskie miasteczko - takie, w którym każdy każdego zna, a przynajmniej kojarzy z widzenia.
Z pozoru idylliczna sielanka mieszkańców zostaje pewnego letniego dnia zaburzona przez (a jakże!)  tajemniczą śmierć rudowłosego 17-latka - Jasona Blossoma - syna bardzo wpływowych ludzi (którzy przy okazji trzęsą całą prowincją).
Od tej pory nad miasteczkiem zaczyna unosić się gęsta jak syrop klonowy (;)) aura zbrodni - podejrzenia się mnożą, a intryga rozkręca się na całego.

W serialu - zupełnie zresztą jak w przypadku komiksowego pierwowzoru - postaci to chodzące archetypy: Archie - zmagający się z burzą hormonów szkolny przystojniak marzący o karierze piosenkarza, pewna siebie, uwodzicielska Veronica, małomówny outsider Jughead, Betty - ułożona, choć skromna dziewczyna z sąsiedztwa czy w końcu - Kevin - przyjaciel gej, syn lokalnego szeryfa. Jest też oczywiście królowa szkoły: wredna cheerleaderka - Cherryl - siostra bliźniaczka zmarłego Jasona Blossoma.


W serialowym świecie obecne są wszystkie te elementy amerykańskiej popkultury, które znaleźć możemy w przeciętnej zachodniej produkcji o podobnej tematyce. Mamy więc drużyną futbolową złożoną z największych szkolnych przystojniaków, zespół cheerleaderek (i ich potyczki, przede wszystkim słowne), wszelkiego rodzaju szkolne bale, konkursy talentów, huczne domówki i oczywiście - dobór kiczowatej, popowej muzyki wg klucza MTV.
Jednak, mimo całej tej młodzieżowej otoczki,  „Riverdale”  nie jest serialem wyłącznie o nastolatkach. Duży nacisk położono w scenariuszu na relacje między głównymi bohaterami a ich rodzicami (często moralnie niejednoznacznymi), których losy w toku fabuły zgrabnie się ze sobą splatają (czy wręcz - zazębiają), ujawniając kolejne, nawarstwiające się przez lata, sekrety i intrygi. Niemal każdy odcinek, w momencie, w którym na jaw wyjśc ma nowa, rodzinna tajemnica,  zakończony jest cliffangerem, mającym na celu przetrzymać widza w niepewności  (sam obejrzałem serial w chwili, kiedy stacja CW zdążyła wyemitować już wszystkie z nich, więc zabieg zawieszenia akcji nie działał na mnie na tyle, na ile powinien).  


Interesująca z punktu widzenia narracji, wydaje się także obecność figury narratora, który jest jednym z bohaterów. Jego komentarz z offu pojawia się zarówno na początku, jak i pod koniec każdego odcinka. Stanowi on krótkie podsumowanie wydarzeń danego rozdziału, ale także wprowadzenie do fabuły następnego. Co ciekawe - narrator relacjonując wydarzenia, jednocześnie opisuje je w swojej książcę. Mamy tu więc do czynienia z interesującą, szkatułkową konstrukcją fabuły, rzadko występującą w serialach dramatycznych.

Jednak "Riverdale" zasługuje na uwagę nie tylko ze względu na sposób opowiadania; jest on przede wszystkim skuteczną odtrutką na wszystkie te zachodnie, cukierkowe opowieści o wzlotach i upadkach młodych (niekoniecznie gniewnych). W bardzo absorbujący sposób zderza małomiasteczkową sielankę  z realnym dramatem (zagrożeniem). Również tajemnicza aura i kryminalna intryga w tle świetnie korespondują ze stylistycznym, często onirycznym ujęciem prowincji (miejscowy neonowy bar, w którym przesiadują bohaterowie, wygląda jak wyjęty wprost ze snu Davida Lyncha).
Wszystko to, i wiele więcej, zdaje się skutecznie działać na jakość (i korzyśc) produkcji. I nawet, jeśli "Riverdale" nie zdoła stać się kolejną po "Plotkarze" czy "Skins" kultową pozycją w swoim gatunku, to z pewnością sprawdzi się jako letnie, niezobowiązujące "guilty pleasure" - tylko tyle i aż tyle.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Featured Post

''Suspiria'' (2018), reż. Luca Guadagnino - recenzja

Przynajmniej raz w roku ma miejsce premiera filmu, który dzieli krytyków oraz widownie na dwa przeciwstawne obozy. Ci pierwsi zazwyczaj wyc...

Popularne posty

(C) Copyright 2018, All rights resrved Poza Kadrem. Template by colorlib