''Spider-Man: Homecoming'', reż. Jon Watts - recenzja

|
Kamil Bogdański


Historia kina superbohaterskiego zna wiele przypadków, gdy na przestrzeni lat kolejni reżyserzy  sięgali po własne, autorskie interpretacje tych samych komiksowych bohaterów. W przypadku postaci Spider-Mana to jednak pójście o krok dalej - żadne inne studio nie wyprodukowało jak dotąd aż trzech różnych origin stories (łącznie sześciu filmów, w tym dwóch rebootów) podczas zaledwie dwóch dekad (Sony Pictures Entertainment jest właścicielem praw do filmowych ekranizacji przygód Spidey'a). Wszystkie poprzednie opowieści o ikonicznym marvelowskim protagoniście cierpiały, z punktu widzenia scenariusza, na istotne fabularne niedociągnięcia i powielały niemal te same, nudnawe ekspozycje.
Tymczasem Człowiek Pająk w wydaniu Jona Wattsa okazuje się interesujący z co najmniej dwóch powodów: po pierwsze - stanowi (wreszcie!) część dużego, Kinowego Uniwersum Marvela (w skrócie MCU - Marvel Cinematic Universe), a po drugie - jest świetnym przykładem filmu rozrywkowego, który przeplata w sobie rześki humor rodem z kumpelskiej komedii i elementy kina inicjacyjnego, stanowiąc tym samym świeże spojrzenie na tytułową postać i odejście od typowej superbohaterskiej genezy.


Rezygnacja z ukazania „zużytych" wątków z przeszłości Petera Parkera może okazać się dla współczesnego odbiorcy, obytego z popkulturą i komiksowymi zeszytami Marvela, nie tyle uzasadniona,  co nawet konieczna (dla mnie pozbawienie filmu kliszowych scen ekspozycyjnych wcale nie skutkuje uszczerbkiem dla jego odbioru); widz odrazu zostaje wrzucony na głęboką wodę, podobnie jak nasz bohater, który z pomocą swojego największego idola i mentora zarazem - Tony'ego Starka, dopiero uczy się jak być superbohaterem.  
Jedyną scenę wprowadzającą w akcję stanowi fragment filmiku nagranego telefonem komórkowym przez Petera podczas finałowego starcia w "Civil War". Zdradza on zarówno jego fascynacje nowinkami technologicznymi, jak i młodzieńczą ekscytację faktem uczestniczenia w większym wydarzeniu. Na uwagę zasługuje zresztą cały konstrukt postaci - Parker wiedzie w filmie Wattsa życie przeciętnego amerykańskiego nastolatka z klasy średniej. Na co dzień walczy ze złodziejami rowerów, wskazuje drogę staruszkom i wymierza sprawiedliwość drobnym rzezimieszkom, a w międzyczasie zbiera siły do olimpiady naukowej i przygotowuje się do szkolnej potańcówki. Tom Holland w tej roli jest w równym stopniu zabawny i zadziorny, co niezdarny i pocieszny.


Równie przekonująco prezentuje się na ekranie czarny charakter, w którego wciela się 65-letni Michael Keaton (aktor ma za sobą dwukrotną rolę w filmach o Batmanie w reżyserii Tima Burtona, a także ex-superbohatera w oscarowym  "Birdmanie"). Adrian Toomes aka Vulture (bo o nim mowa)  to ex-pracownik  dowodzący firmie zajmującej się sprzątaniem po rozpierduchach wynikłych w walkach superbohaterów, a obecnie także szef  szajki handlarzy nielegalną bronią opartej na obcej technologii. W przeciwieństwie do innych znanych z Uniwersum antagonistów, nie kieruje nim nieuzasadniona chęć zawładnięcia światem. Toomes ma czytelne, "ludzkie" motywacje. To facet przyciśnięty do muru przez okoliczności, człowiek który wybrał drogę bezprawia, aby zapewnić swojej rodzinie finansowe zabezpieczenie.
Co warte odnotowania - "moce" Spider-Mana i jego antagonisty to nie skutek ukąszenia przez pająka ani efekt kosmicznego promieniowania. Kostiumy (czy też zbroje) ekranowych bohaterów to tak, jak w przypadku serii filmów o Iron Manie, dopracowane w najmniejszym detalu projekty mechaniczne lub technologiczne, a nie wynik nadnaturalnej mutacji (sam Tony Stark jest "konstruktorem" nowoczesnego kostiumu Człowieka Pająka, który wyposażony został nawet w głosowego asystenta). Konsekwentne "zastępienie" genetyki możliwościami nowoczesnej technologi okazało się w tym przypadku niewątpliwym strzałem w dziesiątkę.


Również fani intertekstualnych cytatów nie powinni czuć się zawiedzeni - w "Homecoming" nie brakuje bowiem zabawnych nawiązań do innych produkcji Marvela (świetnie wypadają sceny z Kapitanem Ameryką wygłaszającym mowy motywacyjne na lekcjach WF-u czy smaczki w  postaci masek z podobiznami członków Avengers używanych przez rabusiów z szajki Toomes'a).

Najsłabszym ogniwem produkcji okazują się z kolei  kobiece bohaterki. Szczególnie źle rozpisana zostaje postać Liz - dziewczyny, w której podkochuje się Parker. Rozumiem, że tego wątku z przyczyn wiadomych nie można było pominąć, ale też niewiele on wniósł do samej historii.
Marisa Tomei wcielająca się w ciocię May też nie dostała zbyt wielu okazji do zaprezentowania swojego aktorskiego talentu. Sceny z jej udziałem możnaby zliczyć na palcach jednej ręki. Szkoda, że dostała tak mało czasu ekranowego, bo odświeżenie jej wizerunku niosło za sobą spory potencjał komediowy.

Mam nadzieję, że w przyszłości włodarze Marvela poluzują nieco kajdany, dając reżyserom więcej artystycznej swobody. Eksperymentowanie z franczyzą i granie superbohaterską konwencją przyniosło w tym przypadku świetny rezultat, czego efektem jest jeden z najlepszych filmów kinowego uniwersum Marvela.


***

Obsada: Tom Holland, Michael Keaton, Marisa Tomei,    
Robert Downey Jr., Jon Favreau
Reżyseria: Jon Watts
Scenariusz: John Francis Daley, Jonathan Goldstein, Jon Watts
Producenci: Kevin Feige, Avi Arad, Stan Lee
Zdjęcia: Salvatore Totino
Scenografia: Gene Serdena, Oliver Scholl
Kostiumy: Louise Frogley
Muzyka: Michael Giacchino
Produkcja: USA, 2017
Czas trwania: 133 minuty








Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Featured Post

''Suspiria'' (2018), reż. Luca Guadagnino - recenzja

Przynajmniej raz w roku ma miejsce premiera filmu, który dzieli krytyków oraz widownie na dwa przeciwstawne obozy. Ci pierwsi zazwyczaj wyc...

Popularne posty

(C) Copyright 2018, All rights resrved Poza Kadrem. Template by colorlib