''To przychodzi po zmroku'', reż. Trey Edward Shults - recenzja

|
Kamil Bogdański


Nie wierzcie zapowiedziom - „To przychodzi po zmroku” nie jest typowym straszakiem, do jakich przez ostatnie lata zdążyło przyzwyczaić nas Hollywood - entuzjaści współczesnych jump scare’ów raczej nie wyjdą z multipleksów z uśmiechem wymalowanym na ustach. Filmowi znacznie bliżej do gier wideo sygnowanych etykietą „survival horror”, niż kolejnej fantastyki grozy opartej na fruwających wnętrznościach i hektolitrach tryskającej krwi. Shults swoją reżyserską wrażliwością wgryza się co prawda w tkankę horroru, ale do końca wierny pozostaje raczej zasadom narracji bliższych kinu slow cinema. Bardziej od gatunkowego efekciarstwa, interesuje go człowiek i jego wewnętrzne przekształcenie w obliczu katastrofy oraz czyhającego za rogiem niebezpieczeństwa.


Sama fabuła filmu nie jest szczególnie skomplikowana - nauczyciel Paul (Joel Edgerton) wraz z żoną Sarą (Carmen Ejogo), synem Travisem (Kelvin Harrison Jr.) i psem Stanleyem mieszkają w dużym domu położonym gdzieś w środku lasu. Każde okno w domu zabite zostało deskami, a jedyne wyjście możliwe jest przez pomalowane na jasnoczerwono drzwi prowadzące do przedsionka. Jeśli istnieje potrzeba opuszczenia domu, można wychodzić tylko w dwójkach i nigdy po zmroku.  
Ten starannie skonstruowany bastion (czy raczej niewolnicza, samodzielna kwarantanna) zostaje  pewnego dnia zagrożony przez przybycie zdesperowanego mężczyzny, Willa (Christopher Abbott), poszukującego zapasów wody. Nieufny i ostrożny Paul, początkowo wrogo nastawiony do przybysza, ostatecznie decyduje się pomóc jego rodzinie (żonie Kim oraz kilkuletniemu synkowi). Wszyscy decydują się na rozdzielenie między sobą ostatnich zasobów i wspólną koegzystencję w tym na pozór bezpiecznym mikrosystemie. Zamieszkanie obu rodzin pod wspólnym dachem doprowadzi jednak do tragicznego w skutkach finału.


Struktura scenariusza nie została oczywiście pozbawiona elementów nadnaturalnych, ale wszystkie z nich znalazły w toku fabuły swoje "racjonalne" uzasadnienie. Szczególnie interesujące okazują się podszyte freudyzmem senne wizje Travisa, zdradzające jego seksualne fascynacje nową domowniczką, które to w obecnych warunkach zdają się, rzecz jasna, nigdy nie znaleźć ujścia (motyw coming of age w kontekście postapokaliptycznej izolacji mógł okazać się istotnym, dramaturgicznym składnikiem fabuły, dlatego szkoda, że dość szybko z niego zrezygnowano). Równie uzasadnione wydaje się ukazanie mocniejszych, drastyczniejszych scen - ekranowa przemoc jest tutaj po prostu naturalną konsekwencją działań bohaterów i wynika bezpośrednio z ludzkiego instynktu - woli przetrwania. Wszystkie środki stylistyczne podporządkowane zostały budowaniu odpowiedniej, klaustrofobicznej atmosfery wokół obserwowanych wydarzeń: długie ujęcia, często przepełnione głuchą ciszą, ciasne korytarze, zgniła kolorystyka przedmiotów czy w końcu - wszechobecny półmrok wypełniający zacisze domostwa.
 

Sukcesem filmu okazuje się bez wątpienia jego wszechobecny minimalizm, przejawiający się zarówno w powściągliwej narracji, jak i w zachowaniach postaci, których prawdziwe charaktery ujawniają się nie w ekspozycjach, lecz w toku kolejnych działań.
Co istotne, Shults nie stara się zagłębiać w genezę ekranowego dramatu poprzez niepotrzebną narrację z offu, retrospekcje czy łopatologiczne, ekspozycyjne dialogi między bohaterami. Jako widzowie zostajemy wrzuceni w sam środek wydarzeń i sami musimy odpowiedzieć sobie na najważniejsze z pytań.
Na korzyść całości działa także rewelacyjne, otwarte zakończenie - ostatnie ujęcie mówi o psychicznej kondycji bohaterów więcej niż lwia część filmu. Zło okazuje się ostatecznie nie pochodzić z zewnętrz, lecz ze środka. Strach to choroba zamieniająca ludzi w potwory - tylko jeden zły ruch dzieli nas od pełnej ciemności.

Podsumowując, "To przychodzi po zmroku" jest filmem przerażającym, zarówno w swoich najcichszych, jak i najgłośniejszych momentach. To film, który wgryza się w głowę widza i pozostaje w nim na długo po zakończeniu kinowej projekcji. Parafrazując - o takie kino grozy walczyłem.


***

Obsada: Joel Edgerton, Christopher Abbott, Carmen Machi,    
Riley Keough, Kelvin Harrison Jr.
Scenariusz i reżyseria: Trey Edward Shults
Producenci: Joel Edgerton, David Kaplan
Zdjęcia: Drew Daniels
Scenografia: Sally Levi, Karen Murphy
Kostiumy: Meghan Kasperlik
Muzyka: Brian McOmber
Produkcja: USA, 2017
Czas trwania: 97 minut


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Featured Post

''Suspiria'' (2018), reż. Luca Guadagnino - recenzja

Przynajmniej raz w roku ma miejsce premiera filmu, który dzieli krytyków oraz widownie na dwa przeciwstawne obozy. Ci pierwsi zazwyczaj wyc...

Popularne posty

(C) Copyright 2018, All rights resrved Poza Kadrem. Template by colorlib