W krainie (Oz)ark - parę słów na temat nowego serialu Netflixa

|
Kamil Bogdański



Netflix wie, jak kupić widza. Platforma od lat konsekwentnie zabiega o uwagę telewizyjnej widowni. "House of Cards", "Stranger Things" i "Narcos" zyskały na przestrzeni ostatnich kilku lat niezliczoną rzeszę fanów, a wszystko wskazuje na to, że najnowsza produkcja platformy ma szansę powtórzyć sukces swoich poprzedników.

"Ozark" opowiada historię Marty'ego Byrde'a (w tej roli Jason Bateman) - doradcy finansowego i głowy nieco dysfunkcyjnej rodziny. Mężczyzna wraz ze wspólnikiem pierze pieniądze meksykańskiego kartelu narkotykowego. Gdy pewnego razu ktoś defrauduje forsę, a kartel, nie bawiąc się w zawiłe śledztwa, zaczyna egzekucję, Marty wykupuje się propozycją wyprania setek milionów dolarów, przenosząc nielegalny interes do malowniczej krainy Ozark w środkowej części USA, gdzie  pod pretekstem altruistycznych pobudek rozpoczyna desperackie próby inwestowania w lokalne, podupadające biznesy. Jakby tego było mało - do rozgrywki z meksykańskimi mafiosami wkrótce dochodzą bohaterowi kolejne problemy: z pokręconymi mieszkańcami nie do końca sielskiej okolicy, z dojrzewającą córką i zdradzającą go żoną (w tych rolach Laura Linney i debiutująca na małym ekranie 18-letnia Sofia Hublitz), a także z tropiącymi sprawę agentami FBI oraz konkurencją w postaci lokalnych przemytników heroiny.


Jeszcze przed premierą miałem spore obawy, czy "Ozark" nie stara się po prostu załatać luki po "Breaking Bad", żerując na sentymentalizmie widzów. Skojarzenia z tym drugim okazały się na szczęście (choć z perspektywy fana powinienem napisać raczej "na nieszczęście") nie do końca uzasadnione. Konstrukt serialu Marka Williamsa to poniekąd fabularny rewers produkcji Vince'a Gilligana. Walter White był nauczycielem chemii, produkującym najczystszą na rynku metamfetaminę, z kolei Marty Byrde posiada doświadczenie w zarządzaniu grubą kasą, ale na temat samej produkcji narkotyków czy ich dystrybucji wie właściwie niewiele. Istotnych różnic między obiema produkcjami jest zresztą znacznie więcej - "Ozark" nie ma w sobie tej lekkości i ironicznego poczucia humoru, co kultowa produkcja stacji AMC. Akcja toczy się w innej lokalizacji, spowitej zasłoną mroku, a postaci pociągnięte zostają znacznie delikatniejszą kreską. Więcej tu moralnej niejednoznaczności, mniej z kolei dynamiczniejszych akcentów oraz krwawych zbiegów okoliczności (choć naturalistyczne sceny przemocy pojawiają się oczywiście nie raz i nie dwa). Inne jest także tempo narracji - opowieść toczy się konsekwentnie swym niespiesznym rytmem, a twórcy dociskają pedał gazu jedynie do połowy. Scenariusz przez 7 epizodów unika prostych odpowiedzi i ekspozycyjnych sekwencji, a dopiero ósmy, retrospekcyjny odcinek rzuca jakiekolwiek światło na złożoną sytuację rodziny Byrde'ów.
Pod tymi względami, serialowi  znacznie bliżej do innej rodzimej produkcji  Netflixa- dramatycznego "Bloodline".


Nie zrozumcie mnie jednak źle - cechy, które wymieniłem, wcale nie oznaczają, że "Ozark" nie jest wg mnie godny uwagi - wręcz przeciwnie. Serial ma do zaoferowania mnóstwo dobrego: postaci są wiarygodne, sytuacja w jakiej się znalazły bez wątpienia dramatyczna, a nad rajską krainą, w której przyszło im się ukrywać - przez niemal cały czas unosi się fatalistyczna, ponura atmosfera.
Jeśli więc lubicie opowieści o zwyczajnych na pozór ludziach, których życie, w obliczu jednej decyzji, zmienia się o 180 stopni, to śmiało możecie poświęcić 10 godzin wakacyjnego urlopu na obejrzenie najnowszej produkcji Netflixa. Ostrzegam jednak, że będzie ona wymagać od was sporej ilości uwagi i nie lada cierpliwości.




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Featured Post

''Suspiria'' (2018), reż. Luca Guadagnino - recenzja

Przynajmniej raz w roku ma miejsce premiera filmu, który dzieli krytyków oraz widownie na dwa przeciwstawne obozy. Ci pierwsi zazwyczaj wyc...

Popularne posty

(C) Copyright 2018, All rights resrved Poza Kadrem. Template by colorlib