''Notatnik Śmierci'', reż. Adam Wingard - recenzja

|
Kamil Bogdański



Z japońską popkulturą  nigdy nie było mi po drodze, więc do najnowszej produkcji Netflixa, opartej na kultowej mandze autorstwa Tsugumi Ōby i Takeshiego Obaty, podszedłem w pełni subiektywnie - na chłodno i właściwie bez żadnych oczekwiań. Muszę jednak przyznać, że mimo, iż film Wingarda jest adaptacją (a zarazem remake'iem), to broni się on całkiem nieźle jako autonomiczna historia, oderwana od swojego kultowego pierwowzoru. Nie ulega oczywiście wątpliwości, że fani oryginalnej mangi (a także anime na jej podstawie), którzy znają doskonale trzon fabuły i wiedzą "z czym to się je", mogą czuć się nieusatysfakcjonowani, czy nawet zawiedzeni. Ja, jako odbiorca niezaznajomiony ze wspomnianym uniwersum, czerpałem z tego 100-minutowego seansu naprawdę sporą frajdę. Do Netflixa mogę mieć w tym przypadku wyłącznie jedno zastrzeżenie - decyzja realizacji pełnego metrażu skutkuje moim zdaniem nieco spłyceniem wielu istotnych kontekstów - 10-odcinkowy serial pozwoliłby na mocniejsze pogłębienie postaci, wprowadzenie (i rozwinięcie większej) ilości wątków czy moralnych dylematów, a także umożliwiłby skrupulatniejsze nakreślenie genezy tytułowej księgi, czy nawet lepiej - samej postaci Ryuka. Niemniej jednak całość podana zostaje tutaj w sposób naprawdę przystępny i zrozumiały nawet dla największego laika.


Sama fabuła nie jest szczególnie skomplikowana, ale w miarę interesująca i tym samem pozostawiająca ogromne pole do popisu dla filmowych twórców i przyszłych, potencjalnych kontynuacji. Głównym bohaterem opowieści jest przeciętny amerykański nastolatek - Light Turner (Nat Wolff), który staje się posiadaczem tytułowego notatnika, dającego mu moc sprawczą wpływania na losy przypadkowych osób; bohater może uśmiercać ludzi, wpisując wcześniej ich nazwiska na kolejne z kartek zeszytu. Istnieją jednak dwie kluczowe zasady - nabywca musi znać pełne dane potencjalnej ofiary oraz przywołać w pamięci jej twarz.  
W "Death Note" nie ma miejsca na nudę - akcja jest dynamiczna, a reżyser potrafi panować nad obrazem i tempem narracji. W toku fabuły pojawia się parę intryg, które zostają naprawdę konsekwentnie zawiązane. Dla entuzjastów brutalności mam również dobrą wiadomość - film nie szczędzi widzom drastyczniejszych akcentów. Wszystko to oczywiście podane zostaje nienachalnie i z umiarem, co dodaje trochę autentycznej grozy, sprawiając z kolei, że historia nabiera nieco mroczniejszej wymowy. 


Nie wiem jakim budżetem dysponowali twórcy, ale całość w warstwie formalnej prezentuje się naprawdę przyzwoicie (na uwagę zasługują świetne zdjęcia Davida Tattersalla). Również aktorzy dobrani są poprawnie (wielki plus za Willema Dafoe użyczającego głosu wygenerowanej komputerowo postaci Ryuka). Co prawda nie mam porównania, na ile wizerunek aktorów zgodny jest z oryginalnymi postaciami, ale tym nie mam zupełnie nic do zarzucenia. Szcególnie intrygujący okazuje się bohater nazywany "L" (Lakeith Stanfield), który stanowi połączenie hakera i super-detektywa. Szkoda tylko, że zbyt szybko wpada on na trop Kiry - samozwańczego boga śmierci (niejako alter-ego głównego bohatera), przez co motyw psychologicznej potyczki między tą dwójką nie wykorzystuje swojego potencjału (konflikt po prostu nie wybrzmiewa). Żałuję również tego, że tak mały nacisk położono na moralne dylematy bohaterów - tym samym ich przemiana z przeciętnych nastolatków w głodnych zemsty i samosądu morderców nie wypada szczególnie przekonująco.


Mimo wszystko, trzeba przyznać, że powierzenie amerykańskiemu reżyserowi, znanego z efektownego (i efektywnego) żonglowania utartymi gatunkowymi schematami, przeniesienia kultowej w Japonii serii na rodzime, zachodnie realia, to ewidentny strzał w  dziesiątkę; popkulturowa wrażliwość autora "Gościa" czy "Następny jesteś Ty" sprawdza się w tym przypadku bardzo dobrze - wiele scen w połączeniu z muzyką tworzy efektowną, teledyskową mozaikę: slow-motion idzie tu w parze z dynamicznym montażem, efektowne sceny pościgów natomiast kontrastują z miłosnym i rodzinnym patosem. Istotnym elementem jest także ścieżka dźwiękowa - popowe szlagiery skutecznie zdają się dopełniać autorską wizję Wingarda.  

Podsumowując, "Notatnik śmierci" to idealna propozycja na końcówkę wakacji. Niezbyt ambitna i niewymagająca, ale po zawieszeniu niewiary i przymknięciu oka na parę fabularnych uproszczeń - spełniająca swoje założenie w stu procentach.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Featured Post

''Suspiria'' (2018), reż. Luca Guadagnino - recenzja

Przynajmniej raz w roku ma miejsce premiera filmu, który dzieli krytyków oraz widownie na dwa przeciwstawne obozy. Ci pierwsi zazwyczaj wyc...

Popularne posty

(C) Copyright 2018, All rights resrved Poza Kadrem. Template by colorlib