Umarł król, niech żyją królowie - recenzja trzeciego sezonu ''Narcos''

|
Kamil Bogdański



Czy Narcos po zabójstwie ojca chrzestnego kolumbijskiego narkobiznesu - Pablo Escobara, ma do zaoferowania widzom coś jeszcze? Najnowszy, 10-odcinkowy sezon udowadnia, że owszem. Netflix zdaje się mieć konkretny pomysł na dokończenie tej pasjonującej opowieści. Ale nic dziwnego - historia karteli z Ameryki Południowej to właściwie samograj - fabularna studnia bez dna.

Mimo, że po śmierci narkotykowej legendy, ludzie poczuli się bezpieczniej, zwycięstwo Kolumbijskiej Policji Narodowej i agencji DEA było tak naprawdę tylko pozorne. Za ich plecami nadal trwała cicha produkcja kokainy na ogromną skalę. Następców Escobara - spragnionych krwi, pieniędzy i władzy w kraju - było wielu. Trzeci sezon skupia się na Kartelu z Cali (nazywanego "Dżentelmenami z Cali”), któremu niebywale szybko udało się zbudować własny narkobiznes na gruzach upadłego imperium poprzednika. Charyzmatycznego antybohatera z wąsem zastępują tutaj czterej nie mniej bewzględni baronowie:  bracia  Gilberto (Damian Alcazar) i Miguel  (Francisco Denis) Rodríguez Orejuela, oraz Chepe Santacruz Londoño (Pepe Rapazote) i Helmer "Pacho" Herrera (Alberto Ammann).
Mężczyźni niemal zmonopolizowali światowy rynek, brutalny terror zastępując praniem brudnych pieniędzy. To ludzie przebiegli i znacznie lepiej zorganizowani, a dodatkowo wspierający korupcję na najwyższych szczeblach władzy. Czyni ich to właściwie nietykalnymi - choć tylko do pewnego momentu.


W trzecim sezonie zmienia się wiele: czołówka, bohaterowie oraz zasady handlem kokainą. Tylko agent Javier Peña (Pedro Pascal) zdaje się być równie nieustępliwy w walce z kolumbijskimi kartelami. Jest on swoistym łącznikiem z poprzednimi sezonami. Jego komentarz z offu (zamiast agenta Murphy'ego), uzupełnia oglądane wydarzenia historycznymi faktami - to, czego nie dało się z różnych względów pokazać, zostało dopowiedziane przez Peñę.
Niebywała jest w tym serialu zgodnośc z rzeczywistością - podobieństwo do prawdziwych postaci,  zainscenizowanie scen niemal 1:1 w realnych, kolumbijskich lokalizacjach, a do tego kręcenie z ręki i przeplatanie paradokumentalnych ujęć archiwalnymi materiałami wideo (stanowiło to największe zalety poprzednich sezonów). Wszystko to tylko potęguje wrażenie obcowania z historią opartą na faktach - całość ogląda się niczym emocjonujący film dokumentalny, który uzależnia niczym najczystsza kokaina.
Netflix w ukazywaniu narkobiznesu również nie idzie na kompromisy, nie szczędzi nam drastycznych, naturalistycznych scen - widoku krwi, przemocy czy zmasakrowanych ciał. W tym serialowym świecie cierpią zarówno dorośli, jak i dzieci - mężczyzni, jak i kobiety. Pod względem bezkompromisowości w podążaniu do celu, Kartel z Cali szybko okazuje się równie (o ile nie bardziej) brutalny i bezwzględny, co jego poprzednik - kartel z Medellin.


Pablo Escobar (Wagner Moura) był jedną z najbardziej wyrazistych postaci w historii serialowego uniwersum Netflixa, tym bardziej interesującą, że napisaną przez samo życie. Najnowszy sezon wprowadza na jego miejsce całą plejadę czarnych i ciemnoszarych charakterów, nie mniej zresztą wyrazistych. Każda z postaci dostaje na ekranie swoje pięć minut,  a fabuła rozmienia się na drobne - scenariusz rozłożony zostaje na wiele wątków, które tworzą emocjonującą opowieść o ludziach wplątanych w sytuacje bez wyjścia. Jest w tym oczywiście pewna metoda, bo widz ma szansę poznać bliżej rodzinę Rodriguezów, jak i większośc ich współpracowników. Bohaterem, z którym możemy się w pewnym stopniu identyfikować, jest Jorge Salcedo - kierowca a zarazem szef ochrony kartelu z Cali. To na pozór zwyczajny człowiek zamieszany w śmiertelnie niebezpieczny układ. Mężczyzna brzydzi się przemocą i praktycznie unikania dotykania broni. Pewnego razu, z obawy o bezpieczeństwo swoje i swojej rodziny, dogaduje się z DEA w celu wydania swoich pracodawców, narażając się tym samym na jeszcze większe niebezpieczństwo. Szybko okazuje się jednak, że ujęcie braci Rodruguez nie będzie wcale tak łatwe, jak się wydawało.


Tempo początkowych odcinków jest znacznie wolniejsze, ale w drugiej połowie serial nabiera niebezpiecznego rozpędu, nie zwalniając właściwie ani na moment.  Finał szóstego epizodu otwiera maraton dramatycznych zwrotów akcji, stanowiących uczciwą przeciwwagę dla powolnego początku. Rozwija się przede wszystkim motyw kartelowej infiltracji - zabawa w kotka i myszkę między braćmi Rodriguez a DEA i Jorge Salcedo, trzyma na krawędzi fotela do ostatnich minut.
Wszystkie wydarzenia osadzone zostały w Kolumbii końca XX wieku. Z każdego ujęcia wyziera tutaj duch lat 90, choć w nieco bardziej egzotycznej dla Europejczyka odsłonie. Skwar, amazońskie dżungle, soczysta kolorystyka i spocone, wąsate twarze, to nieodłączne elementy tego serialowego krajobrazu.

Podsumowując, postescobarowskie "Narcos" jest równie dobre, żeby nie powiedzieć - lepsze. Trzeci sezon udowadnia, że serialowi nie jest już potrzebna postać Pabla Escobara, który był tak naprawdę jednym z wielu filarów tego narkotykowego uniwersum. Rodzina Rodriguezów i jej współpracownicy to bez wątpienia godni następcy niesławnego kolumbijskiego barona. Aż chce się rzec: umarł król, niech żyją królowie!


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Featured Post

''Suspiria'' (2018), reż. Luca Guadagnino - recenzja

Przynajmniej raz w roku ma miejsce premiera filmu, który dzieli krytyków oraz widownie na dwa przeciwstawne obozy. Ci pierwsi zazwyczaj wyc...

Popularne posty

(C) Copyright 2018, All rights resrved Poza Kadrem. Template by colorlib