''Brawl in Cell Block 99'', reż. S. Craig Zahler - recenzja

|
Kamil Bogdański


W branży filmowej istnieje niepisana zasada, że dobrego filmowca poznaje się nie po debiucie, lecz po drugim udanym filmie. I S. Craig Zahler niewątpliwie takim filmowcem jest. Jego debiut - "Bone Tomahawk" - kameralna opowieść o dobru i złu na pograniczu westernu i krwawego horroru kanibalistycznego, odznaczał się wyjątkowo świeżym spojrzeniem na oba te gatunki. Amerykanin w swej kolejnej autorskiej produkcji (jest również autorem scenariusza) stawia sobie poprzeczkę jeszcze wyżej, odwołując się do przebogatej stylistyki b-klasowego kina eksploatacji. "Brawl in Cell Block 99" jest niczym podróż po najgłębszych kręgach piekielnych, w głąb podziemnej krainy bezprawia i sadystycznych metod systemu penitencjarnego.  A wszystko to przy przerażającym akompaniamencie bolesnych jęków i łamanych kości.


Historia zaczyna się na pozór niewinnie. W pierwszej scenie poznajemy głównego bohatera - Bradleya Thomasa (niesamowity Vince Vaughn) - byłego boksera, który właśnie został wyrzucony z pracy. Wraz z ciężarną żoną (Jennifer Carpenter), mieszka na przedmieściach, podejmując się dorywczych zajęć. Bradley (nie Brad!) nie jest co prawda człowiekiem o kryształowym sercu, ale posiada swój honorowy kodeks. Mężczyźnie zdarza się przekroczyć granice prawa i od czasu do czasu współpracować z mafią przy szmuglowaniu twardych narkotyków. Pewnego razu, w czasie wykonywania rutynowego zadania, dochodzi do zatargu z lokalną policją. Bradley, podczas obławy, zabija swoich biznesowych wspólników, po czym zostaje zatrzymany przez stróżów prawa, a następnie osadzony w więzieniu o średnim rygorze. Od tej pory, mężczyzna będzie zdany wyłącznie na siebie i będzie musiał zmierzyć się nie tylko z bezwzględną wiezienną hierarchią i sadystycznym naczelnikiem (Don Johnson), ale także ze zdradzonym pracowadcą, który w ramach zemsty za poniesione straty finansowe, porywa jego ciężarną żonę, grożąc amputacją kończyń jego nienarodzonego dziecka (!), jeśli mężczyzna nie zamorduje osadzonego w więzieniu o najostrzejszym rygorze Christophera Bridge'a. Na tym momencie zaprzestanę dalszego streszczania fabuły, gdyż w drugiej połowie filmu dzieje sie tak dużo, że nie chciałbym popsuć wam "zabawy". Możecie mi jednak wierzyć, że do finału będziecie siedzieć z otwartą buzią, a co wrażliwsi widzowie będą niejednokrotnie odwracając wzrok od ekranu.
Bo nie ulega wątpliwościom, że "Brawl in Cell Block 99" nie każdemu przypadnie do gustu. Ilość przemocy nie kwalifikuje tej propozycji na romantyczny wieczór z ukochaną osobą. Zahler snując swą opowieść, nie bierze jeńców i nie idzie na kompromisy, często popuszcza hamulce, by finalnie całkowicie zerwać cenzorskie łańcuchy. Istotny jest jednak fakt, że reżyser traktuje swój film jako twór w pełni samoświadomy. Autorska konsekwencja Zahlera dostrzegalna jest we wszystkich elementach świata przedstawionego. Jego umiłowanie do grindhouse'u nie ogranicza się na szczęście wyłącznie do biernego kopiowania kolejnych gatunkowych klisz.  Istotna z punktu widzenia analizy, jest symbolika kolorystyczna widoczna w diegezie: początkowe błękity i zielenie, w toku fabuły ustępują miejsca  kolorowi pomarańczowemu i brunatnym odcieniom brązu, co dodatkowo podkreślać ma wędrówkę zatracającegę się moralnie bohatera, przemierzającego kolejne kręgi więziennego piekła. Piekła, z którego - jak nietrudno się domyślić - nie będzie już odwrotu.
 

Niewątpliwym atutem tej produkcji jest aktorstwo Vinca Vaughna. Wszystkim przyzwyczajonym do jego komediowego emploi, radzę jednak na samym początku zmienić optykę. Aktor, który przez wiele lat marnował się w bardziej lub mniej naiwnych amerykańskich komediach, tutaj daje absolutny popis swych aktorskich możliwości (a ich zalążek mogliśmy dostrzec już w drugim sezonie "Detektywa"). Jego postać to nabuzowany adrenaliną wielkolud, którego fizycznej tężyzny nie da się spętać nawet najgrubszymi kajdanami. To, co na ekranie wyprawia urodzony w Minnesocie aktor,  zasługuje na owacje na stojąco. W najdynamiczniejszych momentach, jego występ przypomina grę Toma Hardy'ego w roli ekscentrycznego więźnia w "Bronsonie" Refna, natomiast w "najspokojniejszych" - jednego z seryjnych morderców z serialu "Mindhunter". Absolutne mistrzostwo.



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Featured Post

''Suspiria'' (2018), reż. Luca Guadagnino - recenzja

Przynajmniej raz w roku ma miejsce premiera filmu, który dzieli krytyków oraz widownie na dwa przeciwstawne obozy. Ci pierwsi zazwyczaj wyc...

Popularne posty

(C) Copyright 2018, All rights resrved Poza Kadrem. Template by colorlib