Recenzja drugiego sezonu serialu ''Stranger Things''

|
Kamil Bogdański

Powrót do miasteczka Hawkins - najpopularniejszego obecnie fikcyjnego miasteczka w Ameryce, to dla wielu z pewnością wydarzenie sezonu. Nie będę też pewnie odosobniony w stwierdzeniu, że "Stranger Things" to jedno z najważniejszych zjawisk współczesnej telewizji streamingowej. Twórcy serialu - bracia Ross i Matt Dufferowie, znaleźli bowiem skuteczny sposób na zapełnienie luki w serialowej niszy, odwołując się do przebogatego dziedzictwa amerykańskiej popkultury oraz do nostalgii za latami 80. - a w szczególności za młodzieżowymi horrorami science-fiction i Kinem Nowej Przygody.
Czego tutaj nie ma: "Koszmar z ulicy wiązów", "Piatek Trzynastego", "Bliskie spotkania trzeciego stopnia", "Pogromcy duchów" a nawet "Obcy", czy motywy literackie zaczerpnięte wprost z twórczości Stephena Kinga oraz H.P. Lovercrafta. Biorąc pod uwagę spektakularny sukces pierwszego sezonu, cięzko uwierzyć w to, że zanim Netflix kupił prawa do serialu, jego twórcy odbijali się od drzwi wielu wytwórni. Ostatetcznie jednak, ten samoświadomy popkulturowy miks, zdobył zainteresowanie włodarzy czerwonej platformy, a w konsekwencji -  rozkochał w sobie miliony widzów z całego świata.


Wszystkich, którzy obawiali się, czy drugi sezon "Stranger Things" nie wyczerpie formuły serii - z pewną dozą rezerwy, uspokajam. Wszystko to, za co pokochaliście produkcję Netfliksa zeszłego lata, zostało na swoim miejscu. Bracia Duffer zdążyli zadbać o trwałe fundamenty dla kontynuowanych wątków, pozostawiając też sporo miejsca na nakreślenie kolejnych. W drugim sezonie wracamy zatem do losów mieszkańców Hawkins po wydarzeniach, które kilkanaście miesięcy wcześniej, przewróciło ich życia do góry nogami. Szeryf Jim Hopper (David Harbour) ma wciąż pełne ręcę roboty; okoliczne pola dyniowe, tuż przed świętem Halloween, uległy gniciu pod wpływem tajemniczej, kleistej substancji, a zaniepokojeni mieszkańcy, mnożą teorie spiskowe związane z ostatnio zaobserwowanymi zjawiskami. Powracają oczywiście także młodociani bohaterowie - Mike (Finn Wolfhard), Dustin (Gaten Matarazzo), Lucas (Caleb McLaughlin), a także -  oczywiście - Will (Noah Schnapp), który w tym sezonie odegra równie istotną rolę.

Do znanego nam bardzo dobrze grona przyjaciół, które w przerwie od tropienia tytułowych "dziwnych rzeczy", wciąż spędza czas na przesiadywaniu w salonie gier i jeżdzeniu po ulicach na BMX-ach w rytm największych muzycznych przebojów, dodano kilka nowych postaci - mniej lub bardziej tajemniczych. Najciekawszą spośród nich jest bez wątpienia rudowłosa Mad Max (subtelnie wkomponowane nawiązanie do serii George'a Millera!). Dziewczęca bohaterka, kochająca deskorolkę i automaty z grami arcadowymi, miała pewnie pierwotnie zapełnić lukę po Jedenastce (Millie Billy Brown), jednak to w praktyce zupełnie inny typ postaci: z początku nieufna i zbuntowana, z czasem zdobywająca sympatię pozostałych bohaterów, jak i widza, ale w każdym razie - pozbawiona charyzmy swojej poprzedniczki. W krótkich scenach z jej udziałem, poznajemy także jej brata - sadystycznego macho, który wychowuje swoją siostrę twardą ręką. Jego postać miała szansę, by stać się solidnym antagonistą tego sezonu, ale wątek ten został nagle zakończony poprzez naiwne uproszczenie fabularne. W konsekwencji, w nowym sezonie brakuje, niestety,  wyraźnego przeciwnika. Wszystkiego jest tu więcej - zamiast jednego Demogorgona, dostajemy ich całą hordę, a oprócz tajemniczej organizacji, eksperymentuącej na ludziach - wiele różnorodnych zbiorowości.

 
Twórcy, tak jak poprzednio, dużo czasu poświęcają ekspozycji i budowaniu mniej lub bardziej złożonych interakcji między postaciami. Pierwsze odcinki potrzebują trochę czasu, aby się rozkręcić, ale kiedy akcja rusza już z kopyta, cieżko tak naprawdę oderwać wzrok od ekranu, nawet, jeśli przedstawione wydarzenia sprawiają wrażenie chaotycznych. Bo niestety - są w drugim sezonie takie momenty, kiedy na ekranie dzieje się po prostu za dużo. Pojawiają się motywy, zupełnie niepotrzebne i pozbawione większego fabularnego uzasadnienia. Szczególnie sceny z punkowymi buntownikami, których celem jest osobista zemsta na grupie naukowców, sa najbardziej niekoherente (stylistycznie, jak i tematycznie) z resztą wątków. Nawet, jeśli jedną z członkiń wspomnianego gangu, jest zaginiona siostra Jedenastki, to wątek ten, niestety, nie wypada wiarygodnie. Mam wrażenie, że służył on wyłącznie ukazaniu przemiany znanej z pierwszego sezonu bohaterki, która z dziwnej dziewczynki, kradnącej gofry i przepędzającej potwory, przemieniła się w osobę z krwi i kości, poszukującą własnej tożsamości. Fanów tej postaci jednak uspokajam - tak, jak w pierwszym sezonie, tak i tutaj, bohaterka grana przez Millie Bobby Brown stanowi najmocniejsze aktorskie ogniwo. Jedenastka jest niezmiennie elektryzująca i niesamowicie charyzmatycza, i wciąz kradnie show w każdej minucie obecności na ekranie. 

Doskonały casting, a przy tym odświeżenie ekranowego wizerunku zapomnianych już gwiazd popkultury to bez wątpienia ogromne atuty netfliksowej produkcji. Świetna jest zarówno Winona Ryder w roli samotnie wychowującej synów, "znerwicowanej" matki, jak i Sean Astin (za młodu odegrał swój epizod w "Goonies" - filmie opowiadającym o młodocianych poszukiwaczach skarbu), wcielający się tutaj w partnera kobiety - nerda w średnim wieku, którego niebywała bystrość i znajomość języka programowania (sic!), pomagają rozwikłać skomplikowane zagadki.


Wszystkie nowe epizody robią pod względem audiowizualnym ogromne wrażenie - gra świateł, znakomita ilustracja muzyczna i mrok, stopniowo pochłaniający nie tylko miasteczko, ale także duszę bohaterów, potęgują specyficzną atmosferę produkcji Netflixa. Przebłyski Willa, w których pierwsze skrzypce gra ogromna postać z mackami, zdająca się być wyciągnięta wprost z  mitologii Cthulhu H.P. Lovecrafta, są autentycznie niepokojące. 

Mimo niewątpliwej mnogości zalet, mnóstwa intertekstualnych smaczków i absolutnie ponadprzeciętnego poziomu wykonania, cieżko jednak nie dostrzec pewnych wad. Przez częstą dosłowność, drugi sezon obdarty zostaje częściowo z tej tajemnicy, która towarzyszyła poprzedniemu sezonowi. Wszystko to wynagradza  jednak mroczniejszy, dojrzalszy klimat całości - więcej tu akcji, ludzkich emocji i typowego dreszczyku grozy, mniej natomiast humoru, choć wiele ze scen zrealizowanych zostało z należytym przymrużeniem oka. Ciężko też nie ulec wrażeniu powolnego zmęczenia materiału. Mam nadzieję, że ta ikoniczna produkcja Netflixa nie stanie się w niedalekiej przyszłości pozbawioną pierwszej świeżości potrawą, odgrzewaną po wielokroć na tym samym oleju. Nie zrozumcie mnie źle - drugi sezon "Stranger Things" nadal smakuje świetnie, niczym ulubiona potrawa z zaufanego lokalu, ale warto pamiętać, że i takie dania wcześniej czy później mogą się w końcu przejeść.




Serial dostępny na:
 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Featured Post

''Suspiria'' (2018), reż. Luca Guadagnino - recenzja

Przynajmniej raz w roku ma miejsce premiera filmu, który dzieli krytyków oraz widownie na dwa przeciwstawne obozy. Ci pierwsi zazwyczaj wyc...

Popularne posty

(C) Copyright 2018, All rights resrved Poza Kadrem. Template by colorlib