''Liga Sprawiedliwości'', reż. Zack Snyder - recenzja

|
Kamil Bogdański


"Liga Sprawiedliwości", czyli "Avengers" od DC Comics to kolejny przykład zabierania się za komiksowe adaptacje od tzw. "dupy strony". To, co Marvel konsekwentnie budował przez ostatnią dekadę na solidnych fundamentach, DC zdecydowało się nadrobić w niespełna dwa lata. Podobnie, jak poprzednie filmy z uniwersum, także "Liga" powstawała w bólach. Pieczę nad widowiskiem miał początkowo sprawować Zack Snyder, naczelny architekt filmowego DC Extended Universe. Perturbacje rodzinne spowodowały jednak, że do projektu zaangażowano ojca sukcesu konkurencyjnego "Avengers" - Jossa Whedona. Czy połączonym siłom  udało się przywrócić blask produkcjom DC? Otóż niezupełnie.

"Liga Sprawiedliwości", poprzez zderzenie dwóch odmiennych stylistyk jest przede wszystkim filmem źle wyważonym. Mroczna snyderowska estetyka gryzie się z nieco lżejszą i bardziej ironiczną. W jednej scenie pojawiają się patetyczne Wielkie Mowy, a już w kolejnej skąpane w morzu CGI pojedynki puentowane są nierzadko czerstwymi one-linerami. Przez ten dysonans kuleje oczywiście dramaturgia - fabuła nie ma w sobie odpowiednio emocjonalnego ciężaru; momenty, które powinny wybrzmiewać poważnie, nierzadko popadają w autokomiczne tony. Ciężko mówić też o jakimkolwiek poczuciu zagrożenia: główny antagonista -  Steppenwolf przypomina bossa z gry komputerowej sprzed dekady - jego cyfrowo wygenerowana fizjonomia uderza sztucznością, motywację są mocno dyskusyjne, a działania ograniczają się do bezmyślnego atakowania kolejnych protagonistów. Sceny akcji, za sprawą przesadnej kumulacji efektów cyfrowych, szybko stają się męczące dla oka. Wizualny patos (nienaturalnie nasycone kolory, slow motion), który doskonale sprawdzał się w "300" czy chociażby "Watchmen. Strażnikach", tutaj nie jest do końca uzasadniony i tylko psuje frajdę z seansu. 


Najnowszy film ze stajni DC Comics pozostawia ogromny niedosyt także z uwagi na wrażenie wycięcia z niego sporej ilości materiału źródłowego. Postaciom nie było dane się rozwinąć, bo po prostu zabrakło na to czasu. Przez szybkie tempo, ekranowy chaos i skąpe ekspozycje, nie tylko ciężko ich poznać, ale równie trudno z nimi sympatyzować. Bohaterowie co prawda dają radę w zbiorowych scenach (z drobnymi wyjątkami, czuć między nimi nawet chemię), ale pojedynczo nie mają w sobie wystarczającej charyzmy, by udźwignąć historię. Włodarze z Warnes Bros. dorzucają aż trójkę nowych herosów - obok dobrze nam znanych Wonder Woman (Gal Gadot), Batmana (Ben Affleck) i Supermana (Henry Cavill) pojawiają się: Flash (Ezra Miller), Cyborg (Ray Fisher) i Aquaman (Jason Momoa). Ten pierwszy to odpowiednik marvelowskiego Spider-Mana z "Homecoming" - wycofany, poszukujący przyjaciół nastolatek, który szasta one-linerami, gdzie popadnie (choć na to jeszcze można przymknąc oko - jego moce mają potencjał). Ten drugi to z kolei szeleszczący papierem mechaniczny facet, którego obecność ogranicza się jedynie do bycia ozdobą na drugim planie (geneza Cyborga potraktowana została niestety po macoszemu). Na wyróżnienie zasługuje natomiast trzecia z postaci. Wszystko za sprawą charyzmatycznego aktora - Jason Momoa kradnie każdą scenę swojego ekranowego występu. Jego postaci - w porównaniu z dwiema poprzednimi - nie można odmówić osobowości.
Jeśli chodzi o pozostałą część obsady, nie ma zaskoczeń - Gal Gadot jako Wonder Woman gra tutaj siebie, a zmęczony życiem, z miną zbitego psa Ben Affleck, szasta forsą i rzuca niezbyt celnymi ripostami. Najtrudniej jednak wybaczyć twórcom sposób potraktowania postaci Supermana. Pomijając absurdalny zabieg fabularny i tło miłosne wokół scen z jego udziałem, postać ta jest tutaj po prostu zbędna - spokojnie można było wstrzymać się z jego "odrodzeniem" do kolejnej odsłony cyklu. Kwestia cyfrowego usunięcia wąsa z twarzy Cavilla (aktor przygotowywał się w międzyczasie do występu w innym filmie) to dodatkowy absurd, czyniący z ikonicznego superbohatera kolejną komputerową pokrakę.


Nie pomogli nowi bohaterowie, Gal Gadot w obsadzie, ani nawet zaangażowanie Jossa Whedona, człowieka odpowiedzialnego za sukces "The Avengers", do pracy nad fabułą

Czytaj więcej na http://film.interia.pl/recenzje/news-liga-sprawiedliwosci-recenzja-misja-samobojcza,nId,2465970#utm_source=paste&utm_medium=paste&utm_campaign=firefox
Nie pomogli nowi bohaterowie, Gal Gadot w obsadzie, ani nawet zaangażowanie Jossa Whedona, człowieka odpowiedzialnego za sukces "The Avengers", do pracy nad fabułą

Czytaj więcej na http://film.interia.pl/recenzje/news-liga-sprawiedliwosci-recenzja-misja-samobojcza,nId,2465970#utm_source=paste&utm_medium=paste&utm_campaign=firefox
Podsumowując, "Lidze Sprawiedliwości" nie pomogli ani nowi bohaterowie, ani zmiana sternika. Brak konsekwencji, fabularne uproszczenia i masę klisz, film stara się zatuszować przestarzałymi efektami, wizualnym patosem i rzucanymi co rusz one-linerami, ale bezkustecznie. Szkoda, że współcenarzystom nie udało się znaleźć wspólnego języka, przez co w porównaniu z Marvel Cinematic Universe - ich superbohaterska ekipa gra co najwyżej w drugiej lidze.
Nie pomogli nowi bohaterowie, Gal Gadot w obsadzie, ani nawet zaangażowanie Jossa Whedona, człowieka odpowiedzialnego za sukces "The Avengers", do pracy nad fabułą.

Czytaj więcej na http://film.interia.pl/recenzje/news-liga-sprawiedliwosci-recenzja-misja-samobojcza,nId,2465970#utm_source=paste&utm_medium=paste&utm_campaign=firefox
Nie pomogli nowi bohaterowie, Gal Gadot w obsadzie, ani nawet zaangażowanie Jossa Whedona, człowieka odpowiedzialnego za sukces "The Avengers", do pracy nad fabułą

Czytaj więcej na http://film.interia.pl/recenzje/news-liga-sprawiedliwosci-recenzja-misja-samobojcza,nId,2465970#utm_source=paste&utm_medium=paste&utm_campaign=firefox


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Featured Post

''Suspiria'' (2018), reż. Luca Guadagnino - recenzja

Przynajmniej raz w roku ma miejsce premiera filmu, który dzieli krytyków oraz widownie na dwa przeciwstawne obozy. Ci pierwsi zazwyczaj wyc...

Popularne posty

(C) Copyright 2018, All rights resrved Poza Kadrem. Template by colorlib