''mother!'', reż. Darren Aronofsky - recenzja

|
Kamil Bogdański


"mother!" Darrena Aronofsky'ego to film bardzo problematyczny i wymykający się jednoznacznym wnioskom. Dla jednej części widowni wydać może się intrygujący, dla pozostałej zaś - skrajnie pretensjonalny. W obu przypadkach trudno jednak przejśc obok niego obojętnie.

Historia jest prosta i ogranicza się do jednej przestrzeni - murów domostwa głównych bohaterów. On (Javier Bardem) jest pisarzem w kryzysie twórczym, poszukującym inspiracji i natchnienia. Ona (Jennifer Lawrence), stara się go wspierać i dbać o porządek we wspólnym gospodarstwie. Ich uczucie zostaje wystawione na próbę w momencie pojawienia się w drzwiach niespodziewanych gości. Oto pewnego razu puka do nich tajemniczy Mężczyzna (Ed Harris), podający się za lekarza w drodze na konferencję naukową. Zafascynowany nim pisarz, pozwala zostać mu na noc. W konsekwencji, niedługo później rozlega się ponowne pukanie do drzwi, a za nim jeszcze jedno...  Nie zważając na rosnący dyskomfort swojej partnerki, mężczyzna wpuszcza kolejnych intruzów - żonę (Mchelle Pffeifer) i dwóch zwaśnionych synów lekarza (jawna alegoria wobec Kaina i Abla).


Darren bardzo świadomie korzysta z ikonografii horroru w celu zbudowania odpowiedniego napięcia. Początkowe home invasion zamienia się w surrealistyczny koszmar na pograniczu jawy a umysłowej projekcji. Granice umownej realności zaczynają się zacierać, podobnie jak w "trylogii apartamentowej" Romana  Polańskiego, z której Amerykanin zdaje się ewidentnie czerpać inspiracje. Kamera podąża za Jennifer Lawrence niemal takim samym torem, jakim podążała za Catherine Deneuve we "Wstręcie"; przestrzenie są ciasne, a wąski kąt obiektywu pozwala nam spojrzeć na sytuację niejako oczyma bohaterki, skrajnie subiektywizując narrację. Obrazując obłęd i stopniowo pogłębiającą się paranoję kobiety,  film zaczyna podduszać napięciem oraz gęstniejącą z minuty na minutę klaustrofobiczną atmosferą.

Aronofsky'emu jednostkowy dramat szybko zaczyna jednak nie wystarczać. To dla niego bardziej pretekst do ukazania kolejnych, bardziej abstrakcyjnych wydarzeń o wymiarze wręcz fundamentalnym. "mother" finalnie staje się zatem apokaliptycznym filmem wojennym o wielkim rozmachu inscenizacyjnym. Reżyser, posiłkując się bogactwem biblijnych metafor, obnaża wszelkie słabości ludzkości oraz jej (auto)destrukcyjne zapędy (duży nacisk położono na kwestię niszczycielskiej eksploatacji natury przez człowieka, co czyni go również autorskim ekomanifestem). Ale jego film nie odwołuje się  tylko i wyłącznie do tradycji religii chrześcijańskiej, ale także do innych, mniej czy bardziej znanych światowych filozofii czy ideologii. Wyłapanie wszelkich scenariuszowych aluzji to prawdziwa gratka dla widza.


Podobnie jednak, jak z jednostkowego wymiaru swojej opowieści, Aronofsky równie szybko rezygnuje z subtelnych alegorii na rzecz łopatologicznej wykładni. I w tym właśnie dostrzegam największą bolączkę scenariusza: "mother!" bywa intrygująca, a tym samym angażująca tak długo, jak długo reżyser pozwala widzowi wybrać, w jaki sposób ten chce odczytywać jego film. Niestety, w pewnym momencie reżyser traci kontrolę nad swoim dziełem, podobnie jak twórca-demiurg w snutej przez niego narracji. Odpowiedzi na pytania zostają nam wyłożone kawa na ławę, wskazówki interpretacyjne zaś podsunięte pod nos. Jakkolwiek by jednak fabuły nie odczytywać,  "mother!" najbardziej satysfakcjonuje właśnie na poziomie dosłownym, powierzchownym: jako przypowieść o kobiecie w patriarchalnej opresji, poświęcającej wszystko mężczyznie i/lub jako autotematyczne kino synkretyczne o sztuce rodzącej się w bólach.

Dla większości widzów seans "mother!" może wydać się naprawdę cięzkostrawny, nieznośny, bowiem jego odbiór warunkowany jest wieloma czynnikami: indywidualnymi kompetencjami kulturowymi widza, znajomością autorskiego stylu reżysera oraz otwartością na kontrowersyjne, nierzadko obrazoburcze motywy i na filozoficzno-teologiczne żonglowanie symbolami religijnymi. Reżyser buduje piętrowe metafory, dodaje religijne znaki, dokłada symbole, czyniąc ze swojego filmu intensywne przeżycie, które od początku zasiewa w widzu niepokój. Ten ekscentryczny sposób łączenia przezeń realizmu z fantastyką intryguje, ale sprawdza się również na płaszczyźnie czysto formalnej: biegłość inscenizacyjna, montaż w obrębie kadru, ziarnistośc zdjęć Matthew Libatique'a, rezygnacja z muzyki niediegetycznej oraz umiejętne ogrywanie ciasnej przestrzeni to tylko niektóre z atutów. Najnowszy film Darrena Aronofsky’ego nie jest co prawda jego najlepszym, ale bez wątpienia najbardziej radykalnym w całym 20-letnim dorobku.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Featured Post

''Suspiria'' (2018), reż. Luca Guadagnino - recenzja

Przynajmniej raz w roku ma miejsce premiera filmu, który dzieli krytyków oraz widownie na dwa przeciwstawne obozy. Ci pierwsi zazwyczaj wyc...

Popularne posty

(C) Copyright 2018, All rights resrved Poza Kadrem. Template by colorlib