''DARK'', reż. Baran bo Odar - recenzja pierwszego sezonu

|
Kamil Bogdański


Netflix rozbił w tym roku bank. Po rewelacyjnym "Mindhunterze" i sporej niespodziance, jaką okazał się "Ozark", platforma 1 grudnia udostępniła 10-odcinkowy efekt współpracy z niemieckojęzycznym oddziałem. I muszę postawić sprawę jasno - "Dark" to najlepszy serial roku i bez wątpienia czołówka serialowych produkcji spod znaku science fiction.


Jeszcze przed premierą, w sieci zawrzało w związku z rzekomymi podobieństwami do innej, doskonale wszystkim znanej produkcji Netflixa. Sceptyków muszę jednak uspokoić - nazywanie "Dark" niemieckim "Stranger Things" jest nie tylko bardzo mylne, ale i krzywdzące dla obu ze stron. Jedyny wspólny mianownik stanowi motyw tajemniczego zniknięcia nastolatków, cała reszta jest luźną wariacją na temat teorii Mostu Einsteina-Rosena oraz determinizmu przyczynowego (w "ST" tez mieliśmy do czynienia z zaburzeniem czasoprzestrzeni, ale tutaj znajduje to solidne, naukowe podstawy). Nie od dziś wiadomo, że chwytanie się przez twórców tak skomplikowanej tematyki, jest równie ryzykowne, jak stąpanie po cienkim lodzie. Na szczęście, Baranowi bo Odarowi i Jantje Friese - współautorom scenariusza - udało uniknąć się typowych dla tej konwencji błędów i gatunkowych kalek. Nie mam co prawda odpowiednich kompetencji i merytorycznego zaplecza do dyskusji na temat fizyki, ale nie ulega dla mnie wątpliwości, że narracja w "Dark" poprowadzona została pewną ręką, a co najważniejsze - konsekwentnie i bardzo angażująco.
Znamienne jest także to, że "Dark" nie gra na nostalgicznych nutach, nie jest też wyłącznie hołdem dla klasyki gatunku o podróżach w czasie. Nawet, jeśli podejmuje się na pozór wyeksploatownej tematyki, to dodaje od siebie mnóstwo autorskich elementów. Twórcy stawiają tu przede wszystkim na budowanie klimatu, zagęszczanie atmosfery i znakomitą stronę audiowizualną.


Fabuła serialu jest wielowątkowa i rozgrywa się na trzech równoległych płaszczyznach czasowych - w latach 2019, 1986 oraz 1953. Zarysowana zostaje w niej szeroka panorama niemieckiej społeczności małomiasteczkowego Winden. Twórcy, posiłkując się osobliwymi retrospekcjami, tworzą złożoną mozaikę relacji, konfliktów i narastającej przez dekady nienawiści. 
Serial zaczyna się od hitchcockowskiego "trzesięnia ziemi" - sceny samobójstwa czterdziestoparoletniego Michaela Kahnwalda (Sebastian Rudolph). W kolejnych minutach poznajemy jego syna - Jonasa (Louis Hofmann) i żonę - Hannah (Maja Schöne). Oboje starają się na swój sposób przepracować traumę związaną ze stratą bliskiej osoby: kobieta wdaje się w romans z żonatym policjantem - Ulrichem (Oliver Masucci), natomiast Jonas - decyduje się przeprowadzić prywatne śledztwo, i to właśnie z jego perspektywy obserwujemy rozwój większości wydarzeń. W serialu nie zabrakło ciekawie rozwijanych młodych bohaterów, ukazania ich zmagań z codziennością oraz konfrontacji z serią niewytłumaczalnych, paranormalnych wydarzeń. Jedną z takich postaci jest syn Ulricha - Mikkel, który, podobnie jak brat mężczyzny przed 33 laty, znika w niewyjaśnionych okolicznościach. Od tej pory - zgodnie z maksymą Alfreda Hitchcocka - napięcie będzie już tylko wzrastać. Oba śledztwa - zarówno Jonasa, jak i Ulricha, ujawnią szokującą prawdę, związaną nie tylko z zaginięciami dzieci, ale również - zatajanymi przez lata sekretami czterech rodzin.


Mocną stroną niemieckiej produkcji jest niesamowita ścieżka dźwiękowa. Dobór utworów dostosowany został do konkretnych realiów fabuły. Usłyszeć tu możemy nie tylko współczesnych wykonawców niemieckiej, bądź skandynawskiej muzyki alternatywnej (Soap&Skin, Agnes Obel, Fever Rey), ale także popowe szlagiery z lat 80. (A Flock of Seagulls - I Ran, Tears for Fears - Shout, Dead or Alive - You Spin Me Round) oraz cięższe, metalowe brzmienia. 
Niemal każdy z utworów stanowi komentarz do oglądanych wydarzeń. Dobrym przykładem jest chociażby utwór Neny z 1984 roku pt. Irgendwie Irgendwo Irgendwann (po polsku znaczy to: Jakoś, gdzieś, kiedyś).

Zarówno znakomite, korzystające z różnych ikonografii audiowizualia, jak i złożona fabuła z równie misternie utkaną intrygą, sprawiają, że "Dark" nie mieści się w ramach jednego, konkretnego gatunku. Zdarzenie, które pozornie zdaje się być kryminalną zagwozdką, szybko ustępuje miejsca psychologicznym scenom radzenia sobie z traumą rodem z dramatu obyczajowego, by ostatecznie stać się niepokojącym dreszczowcem w konwencji science-fiction. Ostatnia scena, stanowiąca tym samym nieco bezczelny cliffhanger, pozwala twierdzić, że Baran bo Odar i Jantje Friese nie powiedzieli jeszcze ostatniego słowa w kontekście budowanego przez nich serialowego uniwersum. A zamówienie przez Netflixa drugiego sezonu (który zadebiutuje już w 2018 roku) tylko zdaje się to potwierdzać. 




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Featured Post

''Suspiria'' (2018), reż. Luca Guadagnino - recenzja

Przynajmniej raz w roku ma miejsce premiera filmu, który dzieli krytyków oraz widownie na dwa przeciwstawne obozy. Ci pierwsi zazwyczaj wyc...

Popularne posty

(C) Copyright 2018, All rights resrved Poza Kadrem. Template by colorlib