''Gwiezdne wojny Epizod VIII: Ostatni Jedi'', reż. Rian Johnson - recenzja

|
Kamil Bogdański


Jest w "Ostatnim Jedi" taka scena, w której Luke Skywalker (Mark Hamill) zwraca się do Rey (Daisy Ridley), aby ta zostawiła przeszłość za sobą. Zdanie to od początku zdawało się przyświecać reżyserskiej wizji Riana Johnsona, który zerwał tym samym z 40-letnią tradycją Gwiezdnej Sagi. Nowa część uderza falą świeżej, filmowej energii, eksplorując dotąd nieznane zakamarki Galaktyki - tak dosłownie, jak metaforycznie. 



Zmiany dostrzegalne są przede wszystkim w tempie narracji oraz w odważnych i - dla wielu pewnie kontrowersyjnych - decyzjach scenariuszowych. Rian Johnson ewidentnie zdał sobie sprawę, że nie musi już nawiązywać do starych trylogii, gdyż J.J. Abrams w Epizodzie VII pozostawił nieograniczone możliwości na kontynuację znaczących wątków. "Ostatni Jedi" rozpoczyna się zatem tam, gdzie zakończyło się "Przebudzenie Mocy": Rey udaje się na spotkanie z Lukiem Skywalkerem, aby przekonać go, by stał się jej mentorem i pomógł  jej zapanować nad Mocą. Interakcja między tą dwójką postaci, to zresztą jeden z największych atutów filmu. Mark Hamill odgrywa chyba najlepszą rolę w karierze - mroczna historia odcisnęła piętno na jego duszy, i to widać w niemal każdym ujęciu.
Przy okazji, po ponad 4 dekadach, dowiadujemy się czym tak naprawdę jest Moc - energią spajającą wszystkie organizmy we Wszechświecie. Energia ta, sprzyja także telepatycznej zdolności porozumiewania się na odległość, co umożliwia  Kylo Renowi (Adam Driver) śledzenie każdego ruchu protagonistki. Głównym celem moralnie dwuznacznego bohatera, a zarazem osią fabularną najnowszej odsłony Sagi, staje się odnalezienie i unicestwienie tytułowego Ostatniego Jedi. Reżyser, ukazując kolejne sceny z udziałem tej trójki, które znajdą swoją kulminacje w finale, świetnie balansuje pomiędzy Jasną i Ciemną stroną Mocy, zacierając granice Dobra i Zła, w interesujący sposób przedstawiając wewnętrzne rozdarcie bohaterów.

Pod względem dźwiękowym oraz wizualnym, "Ostatni Jedi" prezentuje się rewelacyjnie. Nic jednak dziwnego - od współczesnego spadkobiercy Kina Nowej Przygody wymaga się przecież widowiska, idącego z duchem czasu. Wiele scen zainscenizowanych zostało w sposób niesamowicie widowiskowy, z wykorzystaniem ilustracji muzycznej Johna Williamsa - nadwornego kompozytora wszystkich filmów z serii. Świetne są zwłaszcza dwie sekwencje: pojedynku w skąpanej czerwienią komnacie Wodza Snoke'a (Andy Serkis) oraz finałowej konfrontacji Kylo Rena z Lukiem. Obie z nich zostały dpowiednio wyważone, zarówno wizualnie, jak i dramaturgicznie, a kilka pojedynczych ujęć to swoisty hołd dla wcześniejszych epizodów, a zwłaszcza postaci Luke'a Skywalkera i Księżniczki Lei.


Chcąc upatrywać się wad, muszę przyznać, że nie wszystko w Epizodzie VIII jest na swoim miejscu. Nie jestem przekonany do wielu fabularnych posunięć. Nawet zawieszając niewiarę, ciężko jest nie przecierać oczu ze zdumienia w słynnej już scenie z "latającą" Carrie Fisher. Spory niedosyt pozostawia też powierzchowny sposób potraktowania postaci Snoke'a oraz nieprzemyślany, pretekstowy wątek Finna (John Boyega), który zepchnięty tu został na dalszy plan. Słowne przepychanki, żarciki rodem ze szkolnego podwórka również nie pasują do ciężaru historii i wybijają widza z rytmu w scenach kluczowych dramaturgicznie. Ponieważ Johnson nie dał nowym postaciom wiele do roboty, ci znaleźli się niestety w silnym kontraście do tych mocniejszych bohaterów. Benicio Del Toro, wcielający się w rolę DJ'a - jąkającego się speca od włamów, wypada niezbyt przekonująco. To samo tyczy się zresztą nastoletniej mechanik Rose Tico (Kelly Marie Tran) - wrzuconej do filmu niczym Deus Ex Machina.
 
Biorąc jednak pod uwagę ryzykowne decyzje reżysera, który dostał przecież wolną rękę w kwestii kreowania świata dziewiątego epizodu Star Wars, zaczynam w głębi serca żałować, że Disney nie zatrudnił po raz drugi do pracy przy filmie Garetha Edwardsa, który lepiej od Johnsona zdaje się wyczuwać Moc drzemiącą w Sadze. Jego "Łotra 1" nadal uważam za najlepszą odsłonę nowego Uniwersum pod dowództwem Disneya i będe stawiał go na piedestale jako niedościgniony wzór dla filmowców, chcących w przyszłości zabierać się za kolejne epizody największej obecnie popkulturowej franczyzy.

Mimo wszystko, "Ostatniemu Jedi" nie sposób jest odmówić nieprzewidywalności. W kilku miejscach, najnowsza odsłona gwiezdnowojennej sagi potrafi naprawdę sporo namieszać. Ryzyko, jakiego podjął się Johnson - choć opłaciło się tylko połowicznie - może w przyszłości sprawić, że to właśnie film z uniwersum Gwiezdnych Wojen - paradoksalnie - stanie się jego największym osobistym sukcesem.

1 komentarz:

Featured Post

''Suspiria'' (2018), reż. Luca Guadagnino - recenzja

Przynajmniej raz w roku ma miejsce premiera filmu, który dzieli krytyków oraz widownie na dwa przeciwstawne obozy. Ci pierwsi zazwyczaj wyc...

Popularne posty

(C) Copyright 2018, All rights resrved Poza Kadrem. Template by colorlib