''Paradoks Cloverfield'', reż. Julius Onah - recenzja

|
Kamil Bogdański


Netflix chyba lubi zaskakiwać, bo dziś - w ciągu zaledwie jednego miesiąca - zrobił to po raz kolejny. Po kontrowersyjnej dla wielu decyzji Paramountu, co do sprzedaży czerwonej platformie praw dystrybucyjnych  do "Anihilacji" Alexa Garlanda ("Ex Machina"), a także po ogłoszonu przez nią premiery "Mute" - duchowej kontynuacji "Moona" (reż. Duncan Jones), przyszedł czas na kolejny zaskakujący fakt... premierę "Paradoksu Cloverfield".


Film  w reżyserii Juliusa Onaha jest trzecim wchodzącym w sklad tzw. Uniwersum Cloverfield, które zapoczątkowane zostało w 2008 roku "Projektem Monster" Matta Reeves'a. Podukcja przez cały ten czas utrzymywana była w tajemnicy i nikt nie spodziewał się jej premiery tak szybko. Przemyślany PR oraz towarzysząca mu aura tajemnicy, to już zresztą tradycja w przypadku tej serii - niewielu pewnie pamięta z iloma teoriami fanowskimi można było się spotkać w internecie przy okazji premiery "Projektu Monster". Kampania promocyjna pierwszego filmu była przykładem tzw. opowieści transmedialnej, która potrafiła zaintrygować widza i skłonić go nie tylko do sięgnięcia po tajemniczy tytuł, ale także do uczestnictwa w wytworzonym przez społeczność odbiorców dyskursie. 
Historia była stosunkowo prosta, ale forma (found footage), w jakiej została ona przedstawiona, stanowiła wówczas novum w kinie fantastyczno-naukowym. W centrum akcji znajdował się atak tajemniczego monstrum, niszczącego między innymi ulice Nowego Jorku, a akcja zapośredniczona została przez kamerę cyfrową, przy pomocy której wydarzenia uwieczniał jeden z głównych bohaterów. Tak przyjęta forma dodała wiarygodności i autentyzmu, zasiewając ziarnko niepokoju i przerażenia.

Drugi film - "Cloverfield Lane 10" Dana Trachtenberga - był formalnym zwrotem i zgrabnie balansował pomiędzy dwiema konwencjami -  dreszczowca SF i survival horroru, rezygnując przy tym z poetyki paradokumentu na rzecz satandardowej kamery w roli widza. Operowanie przestrzenią i budowanie atmosfery oraz napięcia osięgnięto stosunkowo prostymi środkami - poprzez osadzenie akcji w podziemnym bunkrze i psychologiczną konfrontację głównej bohaterki (Mary Elizabeth Winstead) z niejednoznaczną moralnie postacią graną przez Johna Goodmana. Między innymi właśnie w kameralności środków filmowych, tkwiła siła tej produkcji. Jednak spora rzesza widzów, z powodu braku jakiegokolwiek punktu odniesienia, nie mogła zrozumieć zakończenia, uznając je za skrajnie absurdalne i niekoherentne w stosunku do pozostałej części filmu. Jeśli więc nie widzieliście oryginału, nie sięgajcie po drugi film, a jeśli już to zrobiliście - czym prędzej nadróbcie zaległości. Najnowszą produkcją możecie sobie z kolei darować - niewiele stracicie.


"Paradoks..." stanowi nieoficjalny prequel pierwszego filmu, a jego akcja osadzona została tym razem w kosmosie. Poznajemy grupkę astronautów, złożoną - zgodnie z zasadami poprawności politycznej - z ludzi różnej narodowości. Zanim jednak zostaniemy wrzuceni w wir wydarzeń, musimy przebrnąć przez nieangażujące dialogi między czarnoskórym małżeństwem (kobieta jest również jednym z członków wyprawy). Nie będę owijał w bawełnę - początkowe ekspozycje niczemu tutaj nie służą, postaci są jednowymiarowe, ich działania i pełnione funkcje skrajnie stereotypowe, a dylematy moralne pozbawione są dramatyzmu i emocjonalnego ładunku (celowo nie rozwodzę się dalej nad kwestią aktorstwa).

Katalizę właściwej akcji stanowi tytułowy paradoks, czyli multiplikacja światów i wytworzenie równoległej rzeczywistości, do której "przeskakuje" wspomniana załoga. Atak monstra jest tutaj jedynie tłem, tak samo zresztą jak wątek globalnej wojny o resztki surowców na Ziemi (wtf?). W konsekwencji takiego tematycznego miszmaszu, żaden wątek nie jest w stanie ostatecznie wybrzmieć - nawet główny motyw przetrwania w przestrzeni kosmicznej nie angażuje na tyle, bym o filmie pamiętał przez kolejne godziny.
Całość owszem, jest przyjemna dla oka i zrealizowana ze standardami iście blockbusterowymi - znajdziemy tu parę ładnych, efektownych momentów - ale pojedyncze sceny czy ujęcia nie są w stanie same zapracować na ogólny poziom produkcji, której zabrakło nie tylko reżyserskiego doświadczenia i zmysłu inscenizacyjnego, ale przede wszystkim - serca. 

Muszę przyznać, że cieszy mnie fakt, iż Netflix stawia ostatnio na kino science fiction, ale wolałbym dostawać mniej produkcji, ale stojących na wysokim poziomie, niż więcej, a nie do końca przemyślanych. Miejmy tylko nadzieję, że "Anihilacja" oraz "Mute" nie podzielą losu "Paradoksu...".




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Featured Post

''Suspiria'' (2018), reż. Luca Guadagnino - recenzja

Przynajmniej raz w roku ma miejsce premiera filmu, który dzieli krytyków oraz widownie na dwa przeciwstawne obozy. Ci pierwsi zazwyczaj wyc...

Popularne posty

(C) Copyright 2018, All rights resrved Poza Kadrem. Template by colorlib