''Anihilacja'', reż. Alex Garland - recenzja

|
Kamil Bogdański

Fot. materiały prmmocyjne
Alex Garland (niegdyś pisarz science-fiction, później scenarzysta, a od paru lat także reżyser) - to przykład filmowca, który spogląda na współczesne kino SF z zupełnie odmiennej dla większości współczesnych autorów, perspektywy. Mimo, że sam zapatrzony jest w znane motywy i bazuje na tematach poruszanych od lat przez światową literaturę i kinematografię, to jednak potrafi przefiltrować je przez swoją wrażliwość, tworząc kino w głównym nurcie jednocześnie  stojące formalnie w opozycji do większości z jego reprezentantów. Ekranizowana przez niego "Anihilacja"  (pierwsza część trylogii autorstwa Jeffa VanderMeera), łączy w sobie bowiem blockbusterową widowiskowość z aurą kontemplacyjnego kina arthouse'owego. Garland obsadził w swojej produkcji gwiazdy wielkiego formatu, wręczył im do rąk karabiny i skonfrontował ze zmutowaną fauną, nie zapominając jednak przy tym o własnych artystycznych ambicjach i kierującej jego reżyserskimi poczynaniami narracyjnej powściągliwości.

Fot. kadr z filmu Anihilacja
Historia, z perspektywy gatunku, jest bardzo prosta, ale świadomość reżysera, który w dobie tajemniczych kampanii reklamowych, podąża własną drogą i już w pierwszej scenie ujawnia niejako zakończenie swego filmu, świadczy o jego bezkompromisowości. Właściwa akcja złożona jest ze scen przedstawiających wcześniejsze wydarzenia, które przerywane są zarówno retrospekcjami z życia głównej bohaterki, jak i futurospekcjami. Grana przez Natalie Portman Lena zmaga się z traumą, mającą związek z zaginięciem jej męża (Oscar Isaac) w czasie wyprawy do  tajemniczej Strefy X, której centralny punkt stanowi latarnia morska. Do tego samego miejsca, w którym wszelkie prawa fizyki ulegają zagięciu, wybiera się pięcioosobowa ekspedycja złożona z kobiet-naukowców (w jej skład wchodzi także Lena). Znamienny jest z perspektywy całego filmu fakt, że zamiast dominujących dotychczas w takiej konwencji kipiących testosteronem mięśniaków, tutaj drużyna złożona jest z kobiet, o odmiennych profesjach oraz usposobieniach. Męskie postaci wypełniają jedynie nieznacznie drugi bądz trzeci plan, stanowiąc tło dla silnych, kobiecych charakterów. Interakcje między bohaterkami zostają zarysowane subtelnie, ale nie one są tutaj najważniejsze, bowiem "Anihilacja" jest przede wszystkim filmem o ułomności ludzkiego umysłu, ograniczeniach fizycznych, jak i psychicznych i  - co zostaje podkreślone wielokrotnie - o popędzie ku samozagładzie, autodestrukcji. Jest to w końcu opowieść uświadamiająca, że w kontakcie z Nieznanym człowiek pozostaje bezradny niczym dziecko. Garland przyjmuje tu więc rolę filozofa, który pod płaszczykiem kina SF - tak jak poprzednio w "Ex Machinie" - przemyca niebywale interesujące tematy oraz gatunkowe rozważania. Nie chcąc zdradzić istotnych szczegółów fabuły, wspomnę jedynie, że ambicje Garlanda są wysokie - nie ukrywa on inspiracji Tarkowskim, a w szczególności komnatą ze "Stalkera", czy Lemem i jego głośną powieścią "Solaris".

Fot. kadr z filmu Anihilacja
Świat wykreowany przez Garlanda i speców od efektów specjalnych (choć z drobnymi wyjątkami), bez wątpienia zasługuje na słowa uznania -  egzotyczna flora w połączeniu z "iskrzeniem" - czyli fluorescencyjną powłoką otaczającą wspomnianą już Strefę X, a także wszelkie twory antropomorficzne i figury z lodu (przypominające z opisu symetriady oraz mimoidy z "Solaris" Lema), tworzą przepiękną, osobliwą rzeczywistość, która jawi się w pewnym sensie jako ogromny pryzmat - samo "iskrzenie" można więc w tym interpretacyjnym kluczu odczytywać jako procesy przyrodniczych aberracji oraz naginania czasopstrzestrzeni. Wielką rolę w podkreślaniu piękna świata "Anihilacji", odegrały zdjęcia Roba Hardy'ego - niektóre kadry mógłbym śmiało oprawić w ramki i powiesić nad łóżkiem. Muzyka ilustracyjna autorstwa Geoffa Barrowa i Bena Salisbura nie wyróżnia się niczym szczególnym na tle innych, ale Garland doskonale zdaje się rozumieć kwestie montażu dramatycznego - scena najbardziej emocjonalna została dodatkowo "ubarwiona" wywołującym dreszcz na plecach kawałkiem Moderata - The Mark.
Film nie jest jednak pozbawiony wad - jeśli ktokolwiek miałby uznać "Anihilację" za porażkę, to z uwagi na bardzo osobliwy akt finałowy, który odznacza się innym rytmem niż pozostała część opowieści (to jednocześnie tłumaczyć może decyzję Paramountu ws. odsprzedania praw dystrybucyjnych Netflixowi z obawy przed sromotną klęską w BO). Nie ulega jednak wątpliwości, że takiego ryzyka podjąć mógł się tylko twórca niezależny, który bardziej od sukcesu komercyjnego, ceni sobie własną autonomię i swobodę twórczą, której Garland dał ujście we wspomnianym zakończeniu.

Podsumowując - po ostatnich klapach Netflixa, być może przyszedł czas na powstanie z kolan - nie miałbym nic przeciwko większej ilości tak ambitnych premier filmowych, choć jako odbiorca nie ukrywam, że wolałbym mieć przy tym wybór - "Anihilacja" prawdopodobnie wiele traci po pozbawieniu jej kinowej dystrybucji poza granicami USA...



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Featured Post

''Suspiria'' (2018), reż. Luca Guadagnino - recenzja

Przynajmniej raz w roku ma miejsce premiera filmu, który dzieli krytyków oraz widownie na dwa przeciwstawne obozy. Ci pierwsi zazwyczaj wyc...

Popularne posty

(C) Copyright 2018, All rights resrved Poza Kadrem. Template by colorlib