''Dziedzictwo. Hereditary'' (2018), reż. Ari Aster - recenzja

|
Kamil Bogdański

Nie będzie przesadą, jeśli napiszę, że "Hereditary" to jeden z najambitniejszych debiutów reżyserskich ostatniej dekady, wyrastający nota bene z tak zwanej nowej fali amerykańskiego horroru, w którym nic nie jest ostatecznie takie, jakim pozornie mogłoby się wydawać. To zarazem nietuzinkowa wiwisekcja traumy oraz studium obłędu, które ogląda się dosłownie na jednym tchu. Reżyser Ari Aster wielokrotnie doprowadza do wykolejenia fabuły, za każdym razem nastawiając ją jednak na zupełnie nowe, nieprzewidywalne tory. I choć wchodzi on przy tym w dialog z tradycją gatunku ("Dziecko Rosemary", "Lśnienie", "Kult"), to ostatecznie rozsadza jego ramy, sprytnie wymykając się wszelkim przyzwyczajeniom masowej widowni.

Fot. kadr z filmu Dziedzictwo. Hereditary
Postawmy sprawę jasno: "Hereditary" jest filmem przerażającym, mimo że brakuje w nim typowych gatunkowych rozwiązań znanych z setek innych horrorów. Tutaj groza wynika przede wszystkim z perspektywy niemożności zapobiegnięcia serii kolejnych nieszczęść. 
Punkt wyjścia dla opowieści stanowi dramat rodziny, która przygotowuje się do pochówku zmarłej nagle seniorki rodu. Główną bohaterką jest pracująca w domu artystka - Annie (rola godna nominacji do Oscara dla Toni Collette), wykonującą na zamówienie fotorealistyczne figurki prezentujące scenki rodzajowe z jej życia. Pod jednym dachem mieszkają z kobietą także mąż Steve (Gabriel Byrne) - chodzący głos rozsądku, trzynastoletnia córka Charlie (Milly Shapiro) oraz syn Peter (Alex Wolff). Ekranowe zajęcie bohaterki, związane z budową makiet, znajduje metaforyczne uzasadnienie w fabule - bohaterowie sprawiają wrażenie zamkniętych w domu kukiełek, kierowanych nadludzką siłą, która wbrew woli popycha ich w sam środek piekła. Prawdziwy horror rozpoczyna się dla nich jednak dopiero w momencie śmierci młodszej córki. Właśnie wtedy, w dotychczas uporządkowane życie domowników, momentalnie wkradają się chaos i zło - zarówno to metaforyczne, wewnętrzne, oparte na niewypowiedzianych pretensjach, jak i zewnętrzne - manifestujące się poprzez niewytłumaczalne, pananormalne zjawiska oraz fizyczną przemoc. W związku z taką, a nie inną budową fabularną, "Hereditary" przypomina antyczną tragedię - nad głowami rodziny unosi się fatum, a próba potencjalnego zapobiegnięcia rzuconej na nią klątwie z przeszłości (a więc summa summarum - tytułowemu dziedzictwu), doprowadza - zgodnie z przyjętym założeniem - do eskalacji zbiorowego obłędu.

Fot. kadr z filmu Dziedzictwo. Hereditary
Balansowanie pomiędzy różnymi gatunkami oraz konwencjami (dramat psychologiczny, mental horror, ghost story),  znakomity montaż i audiowizualne niuanse, sprawiają, że film Astera stanowi rzadki dzisiaj przykład kina, które przeżywa się dosłownie każdą komórką organizmu. Groza przenika tu aż do trzewi, a gęstniejąca z każdą minutą atmosfera koszmaru, powoduje dyskomfort niczym wrzynająca się głęboko pod skórę drzazga. Wszystkie gatunkowe niespodzianki - łącznie z odciętymi głowami, okultystycznymi symbolami wypełniającymi diegezę, a także rozkładającymi się ciałami wykopanymi z miejsca niedawnego pochówku - potrafią zamknąć usta nawet najbardziej zagorzałym malkonentom horroru. Wisienką na torcie są bez wątpienia ulokowane gdzieś na pograniczu jawy i snu zdjęcia autorstwa polskiego operatora - Pawła Pogorzelskiego, a także sugestywna, eklektyczna ścieżka dźwiękowa przypominająca upiorne melodie z "Dziecka Rosemary" Polańskiego czy "Lśnienia" Kubricka, za którą odpowiada awangardowy saksofonista Colin Stetson (anegdotka głosi, że reżyser, po przesłuchaniu jego płyty, zaproponował artyście napisanie muzyki do filmu).

Podsumowując, podobnie jak w przypadku innych filmów studia A24 -  "To przychodzi po zmroku", "The VVitch" czy "A Ghost Story", tak i tutaj, pokolenia wychowane na taśmowo produkowanych horrorach raczej niewiele znajdą dla siebie. "Dziedzictwo" to film dla koneserów gatunku, wymagający uruchomienia szarych komórek i stymulujący do skorzystania z internetowej encyklopedii czy nawet bardziej specjalistycznych źródeł, w zamian jednak dostarczający intensywnych emocji i solidnej dawki adrenaliny. Właśnie za takie filmy, powstające gdzieś na obrzeżach głównego nurtu, niemające nic wspólnego z restrykcjami nakładanymi przez wielkie filmowe koncerny, cenię sobie chyba najbardziej nową falę niezależnych amerykańskich horrorów. Nazwisko Astera już dzisiaj z pełną odpowiedzialnością stawiać można w jednym rzędzie obok takich twórców, jak Shults, Lowery, Perkins czy Eggers. Będę trzymał kciuki, aby jego kolejne produkcje okazały się równie błyskotliwe oraz bezkompromisowe, co recenzowane przeze mnie "Hereditary".


Ocena: rewelacyjny

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Featured Post

''Suspiria'' (2018), reż. Luca Guadagnino - recenzja

Przynajmniej raz w roku ma miejsce premiera filmu, który dzieli krytyków oraz widownie na dwa przeciwstawne obozy. Ci pierwsi zazwyczaj wyc...

Popularne posty

(C) Copyright 2018, All rights resrved Poza Kadrem. Template by colorlib