''Mandy'' (2018), reż. Panos Cosmatos - recenzja

|
Kamil Bogdański
Nie miał dobrej passy Nicolas Cage przez ostatnie lata. Fakt to o tyle smutny, że w latach 80. i 90. dzierżył on przecież tytuł jednego z najlepszych hollywoodzkch gwiazdorów. "Mandy", drugi film Panosa Cosmatosa, który miał swoją europejską premierę podczas tegorocznego festiwalu w Cannes, stanowi jednak wyjątek od tej reguły. Po licznych występach w wątpliwej jakości filmach klasy B, Cage nareszcie dostał okazję, aby się wykazać i wnieść swe emploi na wyżyny rozpaczy i szaleństwa. Mało jednak brakowało, by aktor tej roli nie dostał - pierwotnie reżyser planował powierzyć ją Linusowi Roache, który zresztą w tym samym filmie wciela się w charyzmatycznego guru. Dobrze się jednak stało, że pomysł ten nie wypalił - po seansie trudno wyobrazić sobie bowiem tych aktorów w innej niż ostateczna, konfiguracji.

Fot. kadr z filmu Mandy 

Jest rok 1983. Red (Nicolas Cage) to małomówny drwal, który prowadzi skromne życie w leśnej chacie w tak zwanych Górach Cieni. Towarzyszy mu miłość jego życia - Mandy - grana na półtonach przez ascetyczną Andreę Riseborough. Na nieszczęście dla obojga bohaterów, w okolicy rozrasta się satanistyczny kult, a charyzmatyczny przywódca sekty - Jeremiasz (Linus Roache), pewnego dnia uprowadza kobietę, aby złożyć ją w ofierze. Wydarzenie to daje Redowi wystarczający powód do krwawej zemsty na grupie i wszczęcia makabrycznej spirali przemocy, która znajduje kulminacje w dynamicznym, finałowym starciu. Film stara się początkowo ukrywać swe intencje, mydląc oczy wysublimowanymi środkami artystycznego wyrazu, i trochę szkoda, że ostatecznie Mandy użyta zostaje jako środek do celu, powód do zemsty. Można to jednak reżyserowi wybaczyć, bo fabularne następstwa tego wydarzenia są nieprzewidywalne. Do wspomnianej finałowej konfrontacji przygotowywani jesteśmy dość długo, bo przez niemal całą pierwszą godzinę. Być może dałoby się skompresować długość ekspozycyjnych sekwencji, ale w tym szaleństwie jest metoda. Cosmatos ma wystarczająco czasu, aby odpowiednio oswoić widza ze swoim stylem i wyciągniętymi z głębi dzikiej wyobraźni obrazami. Wprowadza w narkotyczny trans, zasiewa jakieś trudne do zdefiniowania uczucie niepokoju i w takim stanie utrzymuje nas jeszcze długo po pojawieniu się napisów końcowych.

Pod tym względem nie da się chyba "Mandy" porównać do czegokolwiek innego - nawet jeśli reżyser odwołuje się do poetyki surrelizmu czy argentowskiej stylistki sennego koszmaru, to ostatecznie proponuje widowni coś zupełnie innego. Panos dał się zresztą poznać światowej publice 8 lat temu jako postmodernista ze świeżym spojrzeniem. Jego reżyserski debiut - "Za czarną tęczą" był bardzo udaną retro-imitacją i bodaj jedynym takim filmem SF zrealizowanym w XXI wieku, przesiąkniętym bliżej nieokreślonym nastrojem Tajemnicy. Już wtedy w artystycznych decyzjach reżysera o włosko-kanadyjskich korzeniach, można było dostrzec wyraźny pierwiastek autorskości. Przed seansem, o czym sam wówczas nie wiedziałem, należało jednak przyjąć odpowiednią perspektywę - "Za czarną tęczą" to obraz bardzo hermetyczny, osobliwy, taki, przy odbiorze którego bardziej od fabuły i przyczynowo-skutkowych zależności, istotniejsze było doświadczanie, przeżywanie stanów skrajnych. W przypadku "Mandy" jest podobnie - wszystkie składniki filmowego języka wyniesione zostają na piedestał, czyniąc z formy pojemne naczynie dla treści. Mało tego - ten halucynogenny ekstrakt z Refna, "Pod skórą" i "Anihilacji" ma wszystko to, co może uczynić produkcje kultową już w momencie powstania.

Fot. kadr z filmu Mandy 

Nie dziwię się ani trochę lwiej części odbiorców, która z tego narkotycznego tripu rezygnuje już po pierwszym kwadransie. Jest bowiem w filmie Cosmatosa ta nieuchwytna, enigmatyczna metafizyczność, znana bardzo dobrze chociażby fanom kubrickowskiej "Odysei Kosmicznej" czy twórczości Lyncha - niełatwa do przetrawienia dla kogoś lubującego się w klasycznym sposobie prowadzenia narracji. Reżyser okazuje się tym samym świetnym stylistą -  mimo z góry ustalonej - skądinąd - prostej, fabularnej konstrukcji, "Mandy" złożona jest z wielu ujęć-impresji, nastawionych bardziej na zmysłową kontemplację, mniej na racjonalne pojmowanie przedstawionego ciągu odrealnionych sekwencji, potęgujących - jak określił to sam reżyser - fantasmagoryczną atmosferę. Krótko mówiąc - to film, którego nie da się opisać prostymi słowami, nie doświadczywszy go.

To, że "Mandy" klimatem stoi jest oczywiste, ale warstwa audiowizualna nie byłaby zapewne tak spektakularna, gdyby nie dudniąca, przeszywająca dreszczem partytura nieodżałowanego Jóhanna Jóhannssona i nasycone (nierzadko przesycone) kolorami, ziarniste obrazy Benjamina Loeba, które zapewniają obietnicę nostalgicznej podróży do czasów wypożyczalni VHS. I rzeczywiście; specyficzne, analogowe  efekty, takie jak sekwencje zdjęć z połyskiem rodem z monitora CRT, spowolnione głosy i wysublimowane użycie czcionek (i głównej karty tytułowej, która pojawia się dopiero po godzinie!) to czysta kocimiętka dla fetyszystów retro stylistyki wygrzebanej z odmętów szalonego, rozpalonego popkulturą umysłu. Arthouse najwyższej próby.


7+

dobry+

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Featured Post

''Suspiria'' (2018), reż. Luca Guadagnino - recenzja

Przynajmniej raz w roku ma miejsce premiera filmu, który dzieli krytyków oraz widownie na dwa przeciwstawne obozy. Ci pierwsi zazwyczaj wyc...

Popularne posty

(C) Copyright 2018, All rights resrved Poza Kadrem. Template by colorlib