''Pierwszy człowiek'' (2018), reż. Damien Chazelle - recenzja

|
Kamil Bogdański
Historia fantastyki naukowej to przede wszystkim manifestacja marzeń o eksploracji kosmosu. Rozbudzona w XIX w. przez Juliusza Verne'a, kontynuowana przez Georges'a Mélièsa ("Podróż na Księżyc", 1902) śmiała idea podbicia Srebrnego Globu, urzeczywistniła się dopiero w roku 1969. To właśnie wtedy Neil Armstong - jako pierwszy człowiek w historii - postawił nogę na Księżycu. Wydarzenie to było zarówno zwieńczeniem wieloletniego planu NASA, jak i symbolicznym początkiem nowej, technologicznej epoki. Aż dziw, że po ten niezwykły epizod w dziejach współczesności sięgnięto dopiero w 50. jego rocznicę, a zaadaptowania go na potrzeby filmowego medium, podjął się Damien Chazelle, którego raczej nikt z nas nie podejrzewałby o ciągoty w tym kierunku. Tym bardziej, że to jego pierwsze starcie z nieautorskim scenariuszem. 

Fot. kadr z filmu Pierwszy człowiek

W kontekście filmowej biografii, znamienne jest to, że twórcy z pełną świadomością, niejako na przekór oczekiwaniom widzów, odwracają wektory, skupiając się na "ludzkiej" stronie wyprawy, historycznemu lądowaniu nadając jedynie wartość symboliczną. Nie tyle rezygnują z widowiskowości na rzecz "przyziemnej" perspektywy, co pozbawiają historię należytej, patetycznej wymowy. Nie jest więc (na szczęście) "Pierwszy człowiek" ani filmem o amerykańskim superbohaterstwie, ani o rywalizacji dwóch potężnych mocarstw. Film Damiena Chazelle jest - paradoksalnie - opowieścią intymną, kameralną, a w kontekście hollywoodzkiego widowiska - wręcz awangardową. Wszystkie fabularne decyzje mają jednak dramaturgiczne uzasadnienie -  twórcy rzecz jasna są świadomi znaczenia Misji w zasięgu globalnym, ale na pierwszym miejscu stawiają Człowieka. Człowieka pisanego z wielkiej litery, któremu po wielu dekadach - dzięki ambicji i uporowi - udaje się w końcu zapanować nad bezkresną, nieokiełznaną Materią. Jest także (a może przede wszystkim?) "First Man" opowieścią o traumie - a konkretniej o próbie jej przepracowania. Traumie, mającej związek ze śmiercią kilkuletniej córki. Chazelle zdaje się stawiać tezę, że wszak łatwiej jest polecieć na Księżyc, niż pogodzić się ze stratą dziecka. 

Nieprzypadkowo rolę legendarnego astronauty powierzono Ryan'owi Goslingowi - jego kamienne emploi idealnie oddaje bowiem introwertyczną naturę astronauty o chłodnym, pustym spojrzeniu. Jego wewnętrzne konflikty, osaczenie przez wyrzuty sumienia, zamknięcie w klatce własnych lęków i nieukojona tęsknota, podkreślane są klaustrofobicznymi ujęciami, nie tylko tymi w scenach rozgrywających się w ciasnym kokpicie, ale także tymi w przyziemnych, rodzinnych sytuacjach. 
Droga Armstronga, jak każdej wielkiej osobistości zapisującej się trwale na kartach historii, usłana była wieloma ofiarami. Mimo to Chazelle nie manipuluje naszymi emocjami, nie stara się przeprowadzać skomplikowanej wiwisekcji rodzin ofiar. Owszem, postaci drugoplanowe z kręgu czy to zawodowego, czy sąsiedzkiego, dostają na ekranie swoje pięć minut, ale osobista perspektywa Neila nigdy nie ustępuje miejsca innej. Chyba, że mowa o Janet (Claire Foy) - ekranowej żonie i strażnicce domowego ogniska, która jest najbardziej (jedyną?) "żywą" postacią, o tyle bardziej wyrazistą, że kontrastującą z chłodnym, apatycznym temperamentem męża.  

Te dwie skale: mikro (jednostkowa, rodzinna) i makro (kosmos, lądowanie na Księżycu, stawka wyprawy), wzajemnie się ze sobą przenikają. Jeśli zdaniem Armstronga, krok, którego dokonał, był wielkim dla ludzkości, to u Damiena jest odwrotnie - to mały krok dla ludzkości, ale olbrzymi dla człowieka. Aby postawić stopę tam, gdzie nikt wcześniej, należy najpierw uporać się z samym sobą. Kosmos jest dla Armstronga, zdaniem reżysera, areną konfrontacji trzech, niekoniecznie zgodnych ze sobą składników: smutku, ambicji i strachu.

Fot. kadr z filmu Pierwszy człowiek

Wspomniana groza widzowi daje się odczuć przede wszystkim w warstwie audialnej. Mimo faktu, że "Pierwszy człowiek" jest filmem wyciszonym, Chazelle - jako osoba obdarzona słuchem absolutnym - wie, jak jednym dźwiękiem spotęgować konkretną emocję. Raz więc muzyka romantyzuje przestrzeń kosmiczną (w jednej scenie cytowana jest nawet "Odyseja kosmiczna"), drugim razem podkreśla jej niebezpieczeństwo. Pomijam w tym miejscu bezlitosne atakowanie dźwiękiem w pierwszej scenie testu rakietowego samolotu X-15. To, co bowiem najbardziej włazi pod skórę, to wszystkie diegetyczne, dobiegające z wnętrza pokładu złowrogie dźwięki - tarcia blachy o blachę, pikanie przyrządów nawigacyjnych i skwierczenie poluzowanych śrub.  
"Pierwszy człowiek" rzecz jasna nie tylko świetnie brzmi, ale również wygląda - ogromna w tym zasługa paradokumentalnej poetyki zdjęć Linusa Sandgrena; szorstkiej faktury obrazu, ekstremalnych zbliżeń i wierności w przyjętej perspektywie. Dzięki jednej, sfilmowanej w panoramicznym formacie scenie lądowania na powierzchni Księżyca, mamy okazję na własnej skórze poczuć namiastkę tego, czego doświadczyć mogli na żywo członkowie misji Apollo 11. Wykorzystany w przywołanym fragmencie utwór "The Landing" autorstwa Justina Hurwitza to absolutny majstersztyk i prawdopodobnie najlepsza rzecz, jakiej w tym roku zasmakujecie. 

Podsumowując, pomimo tematycznego i gatunkowego rozstrzału, twórczość Chazelle'a okazuje się zaskakująco koherentna. Wybór 33-latka na reżysera nie był zatem dziełem przypadku. W końcu także "Whiplash", czy wyniesione na artystyczną orbitę "La La Land", były  opowieściami o (niezrealizowanej) ambicji, zawziętości i podejmowaniu nie zawsze przez wszystkich rozumianych i akceptowanych decyzji. Opowieściami o "głupcach, którzy odważyli się marzyć".


8

bardzo dobry


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Featured Post

''Suspiria'' (2018), reż. Luca Guadagnino - recenzja

Przynajmniej raz w roku ma miejsce premiera filmu, który dzieli krytyków oraz widownie na dwa przeciwstawne obozy. Ci pierwsi zazwyczaj wyc...

Popularne posty

(C) Copyright 2018, All rights resrved Poza Kadrem. Template by colorlib