''Midsommar. W biały dzień'' (2019), reż. Ari Aster - recenzja

|
Kamil Bogdański
Kino fizycznego dyskomfortu - tak w trzech słowach mógłbym opisać najnowszy film Ariego Astera, twórcy, który po raz drugi (po świetnym debiucie "Hereditary") dekontruuje współczene kino grozy, wystawia na próbę wytrzymałość widzów, a przy okazji jawnie wyśmiewa się z ich przyzwyczajeń i oczekiwań. "Midsommar", podobnie jak reszta przedstawicieli nurtu tzw. post-horrorów, zrywa ze skostniałą ikonografią, łamie i trawestuje schematy - noc i ciemność przestają już być nieodłączną domeną dreszczowców - prawdziwa groza uwidacznia się tutaj za dnia, w pełnym słońcu, pośród  kwiecistych polan, w okolicznościach beztroskich wakacyjnych celebracji.

Fot. materiały promocyjne

Nic dziwnego, że "Midsommar" zachwyciło samego Jordana Peele'a - reżysera wyróżnionego nominacjami do Oscara horroru "Uciekaj!", który w całym tym formalnym szaleństwie znajdował metodę na opowiedzenie o rzeczach wypartych poprzez posługiwanie się metaforą (w tym kontekście rasistowską) i niepozbawionymi ostrza satyry i ironicznego posmaku socjologicznymi spostrzeżeniami. Zarówno u Peele'a, jak u Astera, kluczowy wątek stanowi hermetyczna społeczność, której zamiary ostatecznie okazują się być dalekie od przyjaznych. O ile jednak "Uciekaj!" utrzymane było w tempie przystępnym kinu komercyjnemu, o tyle "Midsommar" - by posłużyć się ambitnym porównaniem - jest raczej "Szatańskim tangiem" w świecie arthouse'owego horroru. Zanim fabuła przejdzie do sedna, bodźce audialne i wizualne zaczną atakować nasze zmysły z siłą taranu, a groza weżnie się głęboko pod skórę, reżyser będzie miał mnóstwo czasu na to, by przygotować grunt pod fabularne twisty, a nas - na katartyczny finał. 

Historia nie jest jednak szczególnie skomplikowana, jeżeli miałbym znaleźć jedno tylko słowo, które stanowiłoby jej fundament, postawiłbym na traumę. Podobnie było w "Hereditary", podobnie jest i teraz. Główną bohaterką jest młoda kobieta (Florence Pugh), której świat zawalił się w ułamku sekundy za sprawą  samobójczej śmierci siostry. By dodać dramaturgii, tej samej nocy, kobieta zamordowała we śnie swoich rodziców, zaczadzając ich sypialnię spalinami. Dani, która straciła troje swoich najbliższych, stara się odnaleźć oparcie w swoim chłopaku - Christianie (Jack Reynor), który jawi się jako ofiara męskiego kryzysu, lekko wycofany impotent, niepotrafiący sprzeciwić się manipulacjom zrozpaczonej dziewczyny. W tym kontekście "Midsommar" czytać można również jako filmową wiwisekcję toksycznego związku (ten klucz analityczny przyda się szczególnie pod koniec...). 
W sekrecie przed Dani (nad którą ostatecznie mężczyźni się litują i zabierają ze sobą), Christian i jego znajomi organizują wyprawę do Szwecji, mającą na celu zapoznanie się z tamtejszymi obrzędami tytułowego święta. Wśród nich jest Mark (Will Poullter), dla którego wylot do Szwecji ma być przede wszystkim okazją do zaspokojenia swojej chuci, oraz Pelle (Vilhelm Blomgren) - Szwed, znający okoliczne wioski jak własną kieszeń.

Za sprawą błyskotliwej elipsy montażowej, przenosimy się na pokład samolotu. Parę chwil później, naszym oczom ukazuje się już słoneczny, kolorowy pejzaż szwedzkiej prowincji. Symboliczne światło wypełniające diegezę, które zwiastować ma szansę na uratowanie związku, nie gaśnie praktycznie do samego finału, okazując się złudnym promyczkiem nadziei. Trajektoria fabuły jest z góry znana, a losy bohaterów wydają się przesądzone - wyprawa, która z jednej strony miała mieć walor terapeutyczny, z drugiej - stanowić naukowe podwaliny dla pracy doktorskiej, zamienia się w intensywny, halucynacyjny trip, gdzie podział na rzeczywistość i narkotyczne omamy ulega stopniowemu zatarciu. 

Fot. kadr z filmu Midsommar

Aster, który w "Hereditary" odwoływał się do okultyzmu i pogańskich symboli, fabułę "Midsommar" obudował już w całości tą tematyką - co ciekawe - czyniąc punktem wyjścia realną uroczystość. Tytułowy "środek lata" to obchodzone w Szwecji pogańskie święto związane z przesileniem słońca i poświęcone żywiołom wody i ognia (palenie ognisk), a także słońcu, księżycowi, miłości i… płodności. Już w przeddzień tego dnia Szwedzi dekorują domy, samochody, kościoły i inne budynki girlandami ze świeżych kwiatów i zielonymi gałązkami. Reżyser, wraz ze swoim operatorem - Polakiem Pawłem Pogorzelskim - postawili na kontrasty (noc/dzień, humor/groza), które wzmogły atmosferę osobliwości i na których oparto właściwie cały horrorowy ciężar filmu. Klimat podkreślony został dodatkowo ilustracyjną muzyką The Haxan Cloak, łączącą w sobie cechy dark ambientu, drone i folkloru. 

"Midsommar", choć nie jest filmem idealnym (przestoje, nierówne tempo, obecność groteski, szczątkowa fabuła i potraktowany po macoszemu wątek rodzinnych relacji) stanowi przeżycie wręcz katartyczne; jego ostatni akt odczuwa się całym ciałem. Niespełna dwuipółgodzinna makabreska zatopiona w pastelowych barwach i czarno-humorystycznym sosie, zwieńczona stroboskopowym danse macabre i fizycznym ciężarem ekranowej gehenny. Tego trzeba doświadczyć w kinie. 

7

dobry

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Featured Post

''2001: Odyseja kosmiczna" (1968), reż. Stanley Kubrick - analiza

Niniejszy tekst stanowi fragment mojej pracy dyplomowej pt. Na skraju jutra. O przeobrażeniach i kondycji filmowej fantastyki  naukowej na ...

Popularne posty

(C) Copyright 2018, All rights resrved Poza Kadrem. Template by colorlib